piątek, 20 września 2019

Dzień 3 - Michałowy przewodnik po Belgradzie

Budzimy się, co dosyć nietypowe dla naszych wyjazdów, w wygodnych łóżkach. Poranek mija nam dosyć szybko i dosyć typowo jak na pobyt w hostelu. W wspólnej kuchni poznajemy, jak zwykle w takich miejscach, ludzi z ciekawym życiorysem jak pan Turek uciekający przed rodzimym wymiarem sprawiedliwości do Niemiec, albo jak pan Algierczyk, który próbuje usilnie przekonać Gosię, aby zabandażowała jej stopę. Po szybkim porannym śniadaniu opuszczamy hostel i naszych gospodarzy, którzy dopiero co wracają do życia po nocy spędzonej przed Play Station. Hostel FRIENDS wypada jednak ostatecznie ocenić pozytywnie - wygodnie, tanio, blisko centrum, jak na tą cenę to nawet średnio czysto.


Ruszamy na niedługi spacer po mieście. Belgrad robi pozytywne wrażenie, wbrew temu co mówi się w obiegowej opinii. Podczas naszej trasy mogliśmy dokładniej poznać śródmiejską tkankę miasta, w tym okolice serbskiego parlamentu, cerkwi św. Marka i parku Taszmajdan.


Stolica Serbii wydaje się nam dosyć podobna do Warszawy - w skrócie jest jak ciasto z rodzynkami - w morzu betonowych, postjugosławiańskich budynków można znaleść piekniejsze, słodsze kąski. Jeszcze trochę włóczymy się po ulicach aż dochodzimy do miejsca, gdzie widoczne są ruiny budynków byłych ministerstw, pozostawione po bombardowaniu miasta w 1999 roku przez wojska  NATO. Troche przerażające, ale za razem dające do myslenia. Wojna w Jugosławii wciąż wydaje się dosyć świerzą raną dla wszystkich narodów tego byłego państwa, jednak w stolicy Serbii czuć też z pewnością nowoczesnego ducha.








Po chwili błądzenia w gąszczu wysoko zabudowanych ulic trafiamy na praking. Szybka reorganizacja i ruszamy dalej. Przed nami miejska plaża - Ada Ciganlija. Jest to sztuczne jezioro, które powstało pomiędzy brzegiem Sawy i wyspą Ada Cignalija. Rozkładamy się średnio wygodnie na kmienisej plaży. Jest całkiem dużo ludzi, którzy korzystają ze słonecznej pogody, która wbrew naszym obawom, nie opuszcza nas od początku wyprawy.



Dalej przed nami już tylko droga. Przmieszczamy się na samo południe kraju, gdzie chcemy przenocować nad jeziorem Vlasinsko. Do pewnego momentu idzie całkiem gładko, aż do chwili, gdzie okazuje się, że jezioro położone jest na wysokości 1200 m n.p.m. Pokonujemu kręte serpetyny, które ciągną się długo w obawach, że spadniemy w przpaść, albo spotkamy jakiegoś niedźwiedzia. Koniec końców, jak to zawsze na naszym tripie, wszyskto kończy sę happy endem. Docieramy nad brzeg jeziora, znajdujemu kawałek w miarę płaskiego gruntu i biwakujemy długo obserwując piekny wschód księżyca.


Dzień 2 - Serbia oczami Darka

Wstaliśmy rano obudzeni donośnymi dźwiękami Hemana i leniwie zaczęliśmy wychodzić z namiotów. Naszykowaliśmy śniadanie i sprzątnęliśmy obozowisko. Swoją drogą dziwnie się myje zęby gazowaną wodą mineralną, a Lenka zabawnie wyglądała z gazowanymi włosami.





Dzięki stronie internetowej węgierskiej policji sprawdziliśmy czas oczekiwania na przejściach granicznych i wybraliśmy najmniejsze zło kolejkowe. Kierowca dnia dzisiejszego, jako zawodowy kierowca znanej firmy kurierskiej, też nas nie oszczędzał, ale dzięki temu nie spaliśmy tyle co zazwyczaj. Po drodze znaleźliśmy kosz na nasze odpady i je zutylizowaliśmy, bo przecież śmieci nie porzucimy w krzakach.

Przejechaliśmy malownicze Węgry i dojechaliśmy do granicy z Serbią. Pan strażnik uroczo przekręcił imiona wszystkich podróżników, więc beztrosko czekaliśmy na zwrot paszportów. Sielankę przerwał powrót strażnika, który z zaniepokojoną miną powiedział, że nie może nas puścić, bo Lenka jest poszukiwana przez Interpol. Minęło pięć długich sekund, zanim przyznał się do żartu i puścił Lence oko na pożegnanie.

Wjechaliśmy do Serbii. Domki są jeszcze mniejsze i jeszcze niżej osadzone niż na Węgrzech. Ku naszemu zdziwieniu spostrzegliśmy, że niema tutaj uprawy ani hodowli betonu.

Jako pierwszą atrakcję zwiedzamy Subotic, ładne miasteczko, takie trochę zabytkowe, trochę socrealistyczne na pierwszy rzut oka. Na mieście znaleźliśmy secesyjną starówkę, dużo drzw, leniwy klimat i spokój. Odwiedziliśmy też piekarnię, w której kupiliśmy burki - takie "placki mordercy" z mięsem, a czasem i z serem. Zrobiliśmy jeszcze kilka minut spaceru po zabytkowie i małe zakupy, bo wieczorem skończyły się nam napoje.




Łup dup łup dup, tak to serbska autostrada, na szczęście pobór opłat jest odcinkami i na bramkach, bo bym chyba nie zapłacił. Przecież to się można piwem zadławić na takiej drodze!

Po drodze zwiedzamy Petrovaradi, wielką twierdzę i miasteczko warowne. Pierdyliard cegieł zużytych w budowie tej konstrukcj rzuca się bardzo w oczy. Jest ślicznie, choć raczej przed remontem i do remontu.

Pogoda też nas rozpieszcza. Słońca jest tak dużo, że jak znaleźliśmy "ukryte" schody na dół, to niektórzy potrzebowali latarki, by się nie potknąć. I o dziwo takową mieli, chociaż jak się później okazało, wystarczyło zdjąć okulary przeciwsłoneczne (brawo Tomasz).



Jedziemy do Belgradu. Po drodze zatrzymujemy się na zakupy, u przydrożnego pana kupujemy po buteleczce rakiji i dalej łubu dubu autostradą. Czas umilamy grając w "p". Zasady może kiedyś Piotras objaśni.

W Beogradzie szukamy hostelu, gdzie czeka na nas Gosio. Jest ciężko, miasto jest gęste jak Kazimierz w Krakowie, a my jesteśmy przygotowani jak ślepy do zawodów strzeleckich. Po wielu przygodach drogowych (na szczęście bez wypadku) docieramy do hostelu. Tam mamy jeszcze trochę problemów z umieszczeniem w pokojach, bo właściciel nie mówił po angielsku, a na dodatek nie możemy się dodzwonić do Gosi. Po szczęśliwym zameldowaniu zauważamy, że na jednym z łóżek pochrapuje jakaś znajoma blondynka...


Nareszcie relaks. Piotras gra z Pati w "piłkarzyki" na ps4, potem idziemy oglądać zachód słońca nad twierdzą. Twierdza też jest duża, gdzieniegdzie jakiś posąg, czasem armata.

Po twierdzy wracamy się ogarnąć do hostelu i zaraz ruszamy na kolację na mieście. Spacer był udany więc podnoszę poprzeczkę dla kolacji, bo przecież nie może być gorsza od spaceru.

Tradycyjne potrawy serbskie są bardzo smaczne pod warunkiem że lubisz cebulę, dlatego mi smakowały. Choć ostrzegam, są również tłuste. Małe uliczki w bardzo malowniczej dzielnicy artystycznej też nam się podobają. Ceny kolacji w takim miejscu są porównywalne do tych z Warszawy, ale centrum stolicy to centrum stolicy.











Po kolacji wracamy do hostelu i kładziemy się spać... z lekko szurniętą starszą panią w pokoju.

Koniec rozmowy na czacie
Wpisz wiadomość...

czwartek, 19 września 2019

Dzień 1 - Pamiętniki Piotrasa - Reaktywacja

1. Pierwsza pobudka

Pobudka 4:00. Pakowanie. Można to było zrobić dnia wcześniejszego - ale po co? Ustaliliśmy czas i miejsce spotkania - Godzina 6:00, Kraków, Wielicka 73. Do spotkania doszło 6:15 ale niewyspanie zostało wyparte przez endorfiny, które wpadły znienacka (nienacek(hehe)).

2. Pierwsze pakowanie

W sumie nie ma nic ciekawgo do opisania w tym podpunkcie, najzwyczajniej się spakowaliśmy.

3. Jadą jadą świry

Zaczęliśmy jechać (Captain Obvious). W postach pasuje pisać rzeczy ciekawe więc przejdę od razu do rzeczy - alkohol został otworzony o 7:53, a liczba niepijących (poza kierowcą) była niewielka. Atmosfera w busie zrobiła się luźna jak atmosfera w szatni reprezantacji Polski po dołączeniu do zgrupowanie Sławomira Peszki. Kilometry szybko mijały w rokendrolowych rytmach puszczanych przez mojego nawigatora Michasia(Jack White ołłłłł jeeeee Bejbeeee).


4. Parę słów o nowym Skurwello

Jako że nie opisujemy piątku to dla jasności muszę powiedzieć, że autko wypożyczyliśmy klasowe. Rocznik 2018, silnik niby mały (1.6), ale dwie turbospręzarki szarpią autko do przodu jak Grażynka i Krystyna które szarpią się o karpia w Lidlu. Ukłony dla Pana Malisza za udostępnienie w dobrej cenie, i pomoc w ogarnięciu potrzebnych papierów (wcale nie reklama).

5. Trasa leci

Leci leci...

6. Esztergon

Dojechaliśmy do miasta o pięknej nazwie Esztergon. Miasto znane z tego że Pierwszy Król Węgier prawdopodobnie się tu urodził. Ogólnie dużo jakichś królów się tam przewijało i ktoś z wiedzą historyczną i wyższym IQ mógłby napisać coś ciekawego, ale jako że to pamiętniki Piotrasa - to nic inteligentnego nie będzie xD. Kościoły wielkie i piękne, pomniki jeszcze większe i jeszcze piększe, a zabytki to już w ogóle największe i najpiększe. Tylko trochę kupą tam śmierdziało i nie wiedzieliśmy czemu.




7. Ekskluzywna restauracja Granarium Etterem

Restauracja Granarium Etterem może i nie była ekskluzywna, ale za to była względnie tania. Zjedliśmy bardzo dobre rzeczy, było mięso, były ziemniaki, były ogórki a śmiechom nie było końca. Było pysznie.

8. Koks z Camaro

Była jesszcze jedna ciekawa sytuacja, więc opisze ją. Jak se jedliśmy to pod naszą knajpą zatrzymało się błyszczące zielone Camaro. Koks i jego piękność weszli do restauracji i zajęli miejsce sąsiadujące z naszym stolikiem. Trzeba dodać, że piękność koksa miała taką muskulature, że jakby chciała, to by mnie złamała na pół albo coś w tym stylu. Komentarzom nie było końca, zwałszcza że gość był dzikiem większym niż Michał Maciak :O.

9. Jazda jazda jazda jazda

Ruszyliśmy dalej i uderzyliśmy na autostradę. Wszyscy poszli w kimę i mi trochę też się chciało, ale na szczęście chęci to nie czyny.


10. Czy Wam też to zrobili?

Obozowanie szybko przerodziło się w delikatną libację alkoholową. Rano największe żule miały na alkomacie max 0,3 więc nie matrwcie się rodzice, jesteśmy grzeczni. Jak to starzy ludzie, zaczęliśmy wspominać młodość i szybko zeszliśmy na dziwne tematy. Ku zdzwieniu części tripowiczy, okazało się że nasza spora część miała za dzieciaka robione badanie, w którym pani pięlęgniarka wpycha jakieś szkiełko w wiadome miejsce. Pytanie do czytelników: Czy ktoś to miał? Czy to normalne? Czy istnieje życie pozaziemskie? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy?

11. La Chucacabra

Przy flaszeczce szybko przeszliśmy do strasznych historii i natychmiast przypomnieliśmy sobie o legendarnej La Chucacabrze. Potwór straszny i paskudny. Poszliśmy spać w strachu, a La Chucacbra odwiedziła nas tej nocy w snach.

12. Śledź

Na koniec dnia wszyscy podzieliliśmy się śledziem, był pyszny i wonny...
Ciąg dalszy nastąpi.

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Dzień 15 - Urocze Tbilisi


Poranek w pociągu

Tym razem podróż pociągiem upłynęła w nieco sennych nastrojach. Po praktycznie nieprzespanej nocy oraz całym dniu w Baku każdy marzył o odrobinie snu, przez co oszczędziliśmy sobie długiego biesiadowania. Jednak już koło 7 obudziła nas pani Konduktor, stukająca do naszego przedziału z informacją o zbliżającej się kontroli granicznej. Lekko zaspani po kolei zwlekaliśmy się z naszych pryczy, przygotowując odpowiednie dokumenty do kontroli. 

Bogaci w doświadczenia z poprzedniej nocy mieliśmy już wyobrażenie co, jak, kiedy i po co. Machina ruszyła na nowo, tym razem na pierwszy ogień poszła kontrola azerska. Zbieranie dokumentów, kontrola bagaży (WAŻNE - nie warto niepotrzebnie wspominać, że przewozi się drona) i osobiste spotkanie oko w oko z panem Azerem. Oczywiście nie wszyscy zdążyli się ogarnąć, toteż Magda wystąpiła w gustownej pidżamce. Poszło gładko, więc zapadliśmy w sen w oczekiwaniu na kolejną kontrolę, tym razem gruzińską. Tu też nie było zaskoczenia - zabrano nam paszporty, by po ok 50 min. oddać je nam z gustowną pieczątką. Powoli dojechaliśmy do Tbilisi.

Zakupy i wielki kryzys higieniczny

Jedno jest pewne - jeśli spędzasz 12 godzin w upale, zwiedzając i przez 2 noce się nie myjesz, to ani nie pachniesz, ani nie wyglądasz, ani nie czujesz się sam ze sobą komfortowo. Tego dnia dopadł nas ogromny kryzys higieniczny. Każdy marzył o szybkim prysznicu, więc nikt nie protestował, żeby kolejną noc zaplanować w hostelu. Przed zameldowaniem, korzystając z chwili czasu, przeszliśmy się na targ staroci na Suchym Moście. Miejsce niezwykłe, znaleźć tam można dosłownie wszystko: od uroczych pamiątek, po obrazy, zastawę stołową, siekiery, instrumenty muzyczne, aż do części samochodowych. Szybko rozproszyliśmy się po dość dużym obszarze z stoiskami. 


Kolejnym celem przed upragnionym prysznicem był targ spożywczy, na którym miało odbyć się polowanie na obiecane przyprawy. Misja się powiodła, za niecałe 25 lari udało się kupić pełen wór przypraw, których (mam nadzieje) będzie nam dane skosztować w naszej ulubionej gruzińskiej knajpce w Krakowie (polecamy - www.domowagruzja.pl).

Nieważne co na zewnątrz, ważne jest wnętrze, czyli nasz nowy hostel

Spragnieni odpoczynku i prysznica dotarliśmy do naszego hostelu. Na zewnątrz cała dzielnica (znajdująca się w centrum miasta) przypominała raczej slumsy. Lekko przerażeni i niepewni weszliśmy do naszego jednodniowego domku i mocno się zdziwiliśmy. Okazało się, że do dyspozycji mamy małe mieszkanko z dwiema sypialniami, dwiema łazienkami i przeuroczym tarasem. Od razu się rozgościliśmy i poczuliśmy się jak w domu. Celem numer jeden była higiena, przez co z wielką radością przyklasnęliśmy propozycji Kingi, by domyć się w tradycyjnych Tbiliskich łaźniach.


Wybawienie w łaźniach

Łaźnie bardzo polecały zarówno wszelkie przewodniki jak i Kinga z Radkiem, którzy mieli okazję skorzystać w nich pierwszego dnia. Łaźnie w Tbilisi znajdują się w ścisłym centrum, w jednej z najstarszych dzielnic - Abanotubani, przez co bardzo łatwo do nich trafić zwiedzając stare miasto.


My wybraliśmy się do najbardziej znanej niebieskiej łaźni. Jako, że była to łaźnia prywatna, cena za godzinny pobyt wyniosła ok 30 lari za osobę (250 za całą grupę). Można również zdecydować się na łaźnie publiczne za dużo niższą kwotę, jednak na miejsce wchodzi się nago i łaźnie podzielone są wg. płci. Po przemyśleniu sprawy zdecydowaliśmy jednak na kąpiel w naszym własnym, tripowym gronie. Po drodze nabyliśmy jeszcze alkohol, który można spokojnie przynieść ze sobą, by napić się zużywając relaksu się w siarkowej wodzie termalnej.


Same łaźnie były przepiękne - kopuły, misternie zdobione kafelkami ściany i klimatyczne oświetlenie sprawiły, że poczuliśmy się jak bohaterowie tureckiej telenoweli. Do dyspozycji mieliśmy dwa baseny, leżaki, prysznic oraz saunę. Zaczęliśmy odpoczywać iście po królewsku.

Woda okazała się gorąca, ale przyjemna. Nie sposób było jednak wytrzymać w niej godzinę, także cieszyliśmy się, że była też możliwość schłodzenia się w "zimnej siarce" tj w mniejszym baseniku z zimną wodą, która okazała się być idealna temperaturowo, zwłaszcza dla Piotrasa. Dziewczyny oraz Grzegorz zamówili także masaż z peelingiem za 20 lari, który okazał się bardzo ciekawym doświadczeniem. Pani, która masowała dziewczyny była bardzo dużą gruzińską kobietą, co wpływało zapewne  się na siłę, z jaką przykładała się do masażu. Peeling pozwolił nam dodatkowo oczyścić nasze ciała po prawie 2-tygodniowym tripie . Po wyjściu z łaźni, na lekko miękkich nogach, wszyscy zadowoleni i zrelaksowani udaliśmy się do hostelu, aby przygotować się do wieczornego zwiedzania miasta.

Ogólnie z całego serca polecamy tbiliskie łaźnie, z wymienionych już powodów: piękne wnętrza, relaksująca woda, masaż z peelingiem, dużo prywatności. Możliwość przyniesienia alkoholu oraz wzięcia porządnego prysznica to dodatkowe, typowo-tripowe plusy.


Tbilisi, ahhh Tbilisi

Odświeżeni, wypoczęci i pełni energii ruszyliśmy na nocne zwiedzanie gruzińskiej stolicy. Prowadziła nas Kinia, która z zaangażowaniem opowiadała o tutejszych zabytkach. Celem nadrzędnym tego wieczoru była ostatnia tripowa kolacja z przytupem, szczególnie, że świętować mieliśmy urodziny Radasa. Wyzwanie okazało się dość trudne bowiem wybór restauracji był niemożliwy. Koniec końców trafiliśmy do znanej nam z pierwszego dnia tripa restauracji, gdzie przy dźwiękach dwuosobowej kapeli zjedliśmy pyszne jedzonko. 






Jako, że Radas robi się coraz starszy zaśpiewaliśmy mu głośno "sto lat" i wypiliśmy toast za jego zdrowie. Po sytej kolacji udaliśmy się na dalsze zwiedzanie, przerwane odpoczynkiem przy kieliszku wina na bardzo klimatycznym deptaku, pełnym knajpek, gdzie w co drugim lokalu słychać było muzykę na żywo. Niesamowite wrażenie zrobił na nas widok oświetlonego miasta z jednego ze wzgórz, na które można wjechać kolejką gondolową za 5 lari w obie strony. I tu nie obyło się bez "dramatu", bowiem gondola mniej więcej w połowie swojej trasy zawisła w bezruchu. 


Na szczęście dotarliśmy na szczyt bezpiecznie. Przespacerowaliśmy się pod pomnik mateczki Gruzji, jeden z najlepiej widocznych w całym mieście pomników, przedstawiających kobietę, która w jednej z rąk trzyma wino dla przyjaciół, a w drugiej miecz dla wrogów.


Na początku planowaliśmy bardziej poszaleć ostatniego wieczoru zaliczając jakąś grubą wiksę, ale koniec końców zmęczeni całą podróżą postanowiliśmy wrócić do hostelu i przyłożyć głowy do poduszki. Po drodze przeszliśmy jeszcze przez słynny most zwany przez mieszkańców podpaską. Docierając do hostelu zasnęliśmy, niechętnie oczekując kolejnego dnia, który miał zakończyć naszą niesamowitą przygodę. Jak się później okazało ta noc nie należała do najspokojniejszych...


piątek, 12 października 2018

Dzień 14 - Baku calling

Wstawać! Następna stacja Baku!

Pani ciocia-konduktor wyrwała nas ze snu, wchodząc do poszczególnych przedziałów i nalegając, żebyśmy zwlekli się z łóżek, poskładali grzecznie pościel i zanieśli jej poszewki (podróżując pociągiem z Tbilisi do Baku nie musicie brać śpiworów - wszystko zapewnia przewoźnik). Za oknem pociągu świeciło piękne, pustynne słońce ukazujące krajobraz diametralnie różny od tego, w którym znajdowaliśmy się przez ostatnie kilkanaście dni. Ciężko było dostrzec jakiekolwiek drzewa - częściej widzieliśmy szyby naftowe z buchającymi płomieniami ognia. Poranek, któremu towarzyszyła azerska, mocna herbata z cukiereczkiem (kupiona u pani konduktorki za 1 dolara), był ostatnim etapem w podróży do Baku. Wkrótce wysiedliśmy na stołecznym Dworcu Pasażerskim.


Centrum Baku - trochę jak u Szejków

Stolica Azerbejdżanu robi całkiem dobre pierwsze wrażenie. Dworzec znajduje się w o niebo lepszym stanie niż ten w Tbilisi, a nawet więcej - jest w zdecydowanie lepszej kondycji niż nasz Centralny. Pierwszą godzinę spędzamy na hali dworca, czekając aż otworzą kantor. Co ciekawe, w Baku kantory znajdujące się w miejscach, które w Polsce podejrzewalibyśmy o kiepski kurs, mają bardzo dobrą cenę sprzedaży dolara w stosunku do miejscowej waluty. W stolicy Azerbejdżanu dolary można bez większych strat wymienić prawie wszędzie. Warto zabrać ze sobą amerykańską walutę, której kurs jest znaczenie korzystniejszy niż euro. I co najważniejsze - w Baku raczej nie ma szans wymienić Lari na Manaty, mimo bliskiego sąsiedztwa tych krajów.

Na miasto ruszamy pieszo. Naszym pierwszym celem jest oczywiście śniadanie, w knajpie położonej gdzieś na drodze do starówki. Co prawda do starej części miasta można dojechać metrem (dwa przystanki, trzeba wysiąść na stacji Iceri Seher), ale my chcieliśmy trochę pooddychać śródmiejskim powietrzem. Trzeba przyznać, że centrum Baku jest zadbane i wydaje się być dobrze doinwestowane - zapewne za przyczyną petrodolarów zbijanych przez rząd na handlu ropą i gazem. Wkrótce znaleźliśmy się na głównym miejskim deptaku - ulicy Nizami. Tam zatrzymaliśmy się na śniadanie, podobno typowo tureckie, i azerską herbatę.



Kolega z kebaba i mordercze ogórki

Tylko Piotras zbuntował się i poszedł na kebab za 3 manaty. Tam znalazł kolejnego przyjaciela (i tym razem nie było to żadne bezdomne zwierzę) - sprzedawca kebaba okazał się być kibicem Realu. Piotras pogadał o Azerbejdżanie i Lewandowskim, ale na szczęście dołączył do nas na czas, żeby być świadkiem jak morderczy ogórek zaatakował Grzegorza, kalecząc mu usta. Cudem uniknęliśmy wizyty w szpitalu, chociaż było blisko szwów i zastrzyków przeciwko tężcowi. Tak bliskie starcie ze śmiercią odmieniło nas całkowicie – od teraz postanowiliśmy żyć pełnią życia (i pić jeszcze więcej).



Trochę Orientu

Ruszając dalej zdaliśmy sobie sprawę, że robi się co raz goręcej. Zapowiadało się na upalny dzień. Na szczęście miasto jest znane z silnych wiatrów, które dawały nam trochę ulgi. Idąc dalej ulicą Nizami doszliśmy do Placu Fontann, uważanego za ścisłe centrum miasta. Zwiedzając kolejne kwartały stolicy z przewodnikiem dowiedzieliśmy się, że duży wkład w jego rozwój mieli polscy architekci. W tym miejscu trzeba też wspomnieć o Witoldzie Zglenieckim, który w ogromnej mierze przyczynił się do rozpoczęcia wydobycia ropy i gazu w okolicach Zatoki Bakijskiej, czyniąc Baku naftowym eldorado.



W bliskiej okolicy Placu Fontann znajduje się Podwójna Brama - wejście do Iceri Seher, czyli Miasta Wewnętrznego, pełniącego rolę starówki. Jest ono otoczone z trzech stron murami, które robią potężne wrażenie. Włócząc się krętymi uliczkami podziwialiśmy zabytkowe meczety z grubymi jak kubańskie cygaro minaretami. Całą sesję zdjęć zrobiliśmy pod najsłynniejszym bakijskim zabytkiem - Basztą Dziewiczą. Na szczycie zabytkowego centrum znajduje się Pałac Szachów Szyrwanu, czyli azerski odpowiednik Zamku Królewskiego w Warszawie. W pewnym momencie zrobiło się tak gorąco, że musieliśmy przerwać zwiedzanie, żeby jak najszybciej schłodzić komórki naszego ciała za pomocą piwa.






Horror pieszych

W desperacji towarzyszącej poszukiwaniu złotego trunku włóczyliśmy się po mieście pół godziny, aż w końcu dotarliśmy nad morską promenadę. Baku zdecydowanie nie należy do miast przyjaznych pieszym. Na kilku-pasmowych jezdniach praktycznie całkowicie brak jest pasów. Co więcej przy drodze stoją często policjanci, przy których raczej głupio cisnąć 10 osobową grupą na drugą stronę ulicy. Mały bar znaleźliśmy niedaleko Muzeum Dywanów (w kształcie dywanu), które jest jednym z reprezentantów ciekawej, współczesnej architektury Baku. 






Następnie ruszyliśmy w kierunku kolejki Funicular, za pomocą której można wjechać na wzgórze z trzema wieżami, podobno przypominającymi płomienie (niektórym z nas kojarzyły się raczej z pingwinami). Ze wzniesienia rozpościera się piękny widok na całą Zatokę Bakijską, który z pewnością wart jest 1 Manata wydanego na wjazd do góry. Obok wyjścia z kolejki znajduje się monumentalny cmentarz poległych za ojczyznę, który w tym samym czasie co my postanowili odwiedzić azerscy politycy. Wymijani przez limuzyny rządowe stwierdziliśmy, że najlepiej byłoby szybko się zwijać.






Po drodze Piotras, mając już jednego kolegę z kebaba, postanowił znaleźć sobie drugiego w salonie Lamborghini. Pracownik polerujący jedną z bestii najpierw przestraszył się dziwnego typa w ręczniku, ale 5 minut później sam ustawiał go do zdjęcia.


Skręciliśmy w boczną drogę, żeby zobaczyć jak wyglądają biedniejsze dzielnice Baku. Tak jak się spodziewaliśmy, mocno kontrastują z bogatym centrum, rządowymi super-autami, szklanymi pingwinami i innymi cudami budownictwa XXI wieku.

Wreszcie jedzenie - obiad o zachodzie słońca

Zmęczeni zeszliśmy ze wzgórza i dotarliśmy w okolice parku Sabir Bagi, gdzie po przekroczeniu murów Iceri Seher trafiliśmy na ulicę z mnóstwem restauracji i natrętnych naganiaczy. Byli bardzo przekonujący, więc weszliśmy do jednej z knajpek, żądając miejsca na ostatnim piętrze. Co tu dużo mówić - piękny widok, przepyszne jedzenie, dobre ceny. Kolacja stanowiła świetne podsumowanie udanego pobytu w Baku. 



Wraz z zachodem słońca ruszyliśmy w dalszą wędrówkę ku morskiej promenadzie. Ostatnie chwile w tym mieście spędziliśmy na wybetonowanym brzegu zatoki, czilując i patrząc na iluminacje na Baku Flame Towers, które pokryte są tysiącami diod LED. Żeby wydać ostatnie Manaty, które nie przydadzą się nam do niczego więcej w życiu, kupiliśmy lokalne specjały i jedzenie na drogę (np. grzanki o smaku ogórków z dedykacją dla Grześka). Do pociągu na szczęście wsiedliśmy o czasie i ruszyliśmy z powrotem do Tbilisi.







Kuszetka - nasz nowy dom

Kontrola graniczna miała czekać nas dopiero rano, więc mogliśmy w spokoju odpocząć w naszym przedziale. Imprezka nie trwała jednak długo – wczorajsze niewyspanie i spędzenie całego dnia na nogach w słońcu dało o sobie znać. Mając lekkie deja vu usnęliśmy, znów bujani monotonnym stukotem pociągu o szyny, by obudzić się w innym świecie.