Wyspani jak nigdy
Tego ranka każdy z nas obudził się na wygodnym łóżku, okryty puszystą pierzynką. W takich chwilach najbardziej docenia się luksus jaki mamy w domach. Po nocnej posiadówie i bardzo mało optymistycznych prognozach pogody zdecydowaliśmy się pospać trochę dłużej i dość leniwie zbierać się do wyjazdu. Tylko Piotras, Radas i Grzeniu wpadli na genialny plan, żeby wstać o 5 rano i pójść na lodowiec. Jak to często bywa, z planu nic nie wyszło. Wygrał tylko Piotras, który tak czy siak wstał dużo wcześniej i na kila minut ujrzał piękną panoramę pięciotysięczników.
I tak na nowo bardzo powoli kąpaliśmy, pakowaliśmy się i jedliśmy śniadanie. Niektórzy, chcąc pozyskać wrzątek, podjęli próbę rozmowy z obsługującą hostel Panią, która z angielskich słów znała tylko "souvenir". Pani jedyne co robiła to stała i się na nas patrzyła, w ogóle nie próbując nas zrozumieć.
Dla jednych lodowiec, dla innych próba porwania
Było nam bardzo szkoda, że pogoda pokrzyżowała nasze plany i nie możemy w pełni skorzystać z piękna Kaukazu, toteż postanowiliśmy chociaż podjechać pod szlak, który prowadzi na lodowiec Chalaadi, z nadzieją, że mgła na chwile opadnie, a my ujrzymy piękne góry. Tak się jednak nie stało - być może to znak, że do Gruzji trzeba jeszcze kiedyś wrócić. Założenie było takie - podjeżdżamy, robimy spacerek przez most i wracamy. Ciekawość jednak wygrała. Pojawiały się głosy "a to przejdźmy chociaż kawałek..." i poszliśmy dalej.
Nie wszyscy jednak zdecydowali się na marsz, gdyż Pati w trampeczkach i Lenka w adidaskach bały się o swoje życie na mokrych kamieniach i skałach. Zostały w małej knajpce przy "parkingu". Nie wiedziały wtedy jeszcze, że większe zagrożenie może na nie czyhać właśnie tam. Wzdłuż rzeki bowiem, która biegnie koło szlaku, prowadzone były budowy. Mnóstwo panów zbrojarzy i innych chłopów, którzy chodzili tam i z powrotem, piło herbatkę i coś mocniejszego we wspomnianej knajpce . Co tu dużo mówić - dwie kobiety o nieco innym wyglądzie niż typowa gruzinka wzbudziły lekką sensację. Grupki chłopów spoglądały co chwilę na dziewczyny, a co odważniejszy podchodził, próbując zagadać. Niestety (choć może stety?) tego dnia nie było czasu skorzystać z zaproszenia na wieczór w Cafe Lala od jednego z Gruzinów. Świadome nadal zdarzających się porwań kobiet i braniem je sobie za żony, nie mogły się doczekać, aż reszta ekipy wróci.
Wracając do lodowca - droga prowadząca pod Chalaadii nie jest zbyt skomplikowana. Mając zaoszczędzone 4 godziny (ze względu na przyjazd autem) a w planach bardziej spacer (do lodowca zostało ok 1.5km) weszliśmy w głąb lasu udając się żółtym, dobrze widocznym szlakiem. Zachęceni opowieściami Piotrasa o pięknych porannych widokach na pięciotysięczniki, coraz dalej zagłębialiśmy się w gęsty i pachnący las, mając nadzieje na powtórkę. Ścieżka ciągnąca się wzdłuż kanionu górskiej rzeki Mestiachala łagodnie wznosiła się i opadała, przez co nasz trekking faktycznie przypominał spacer w pięknych okolicznościach przyrody. Po nocnych opadach górski potok zamienił się w dość gwałtowną rzekę, ale nie warunki na samym szlaku były całkiem niezłe.
Maszerowaliśmy dalej, chcąc jak najszybciej wyjść z lasu, aby chociaż rzucić okiem na lodowiec. Podczas podejścia z nostalgia wspominaliśmy inne nasze górskie wycieczki. Ostatni odcinek drogi to otwarta dolina, na której przeciwległym końcu widać już sam lodowiec. Żeby go zobaczyć trzeba wspiąć się po wysokich kamieniach, jednak sam widok nie był tak okazały jak przypuszczaliśmy. Pogoda również nie dopisała niszcząc ostatecznie nasze marzenia o zobaczeniu wspaniałych górskich masywów. Zrobiliśmy kilka zdjęć i rozpoczęliśmy szybkie zejście do czekających na nas Pati i Lenki. O dziwo, pierwszy ze szlaku zbiegł Grześ ratując dziewczyny z opresji.
Podsumowując nasz pobyt w Mesti - naprawdę warto, kurorcik trochę jak polskie Zakopane, tylko, że góry dużo wyższe. Przewodnik pisze o pięknych widokach - to prawda, nawet w mgle wszystko wygląda wspaniale, aż strach pomyśleć jakby to było gdyby było piękne słońce i brak deszczu. Z samej Mestii jest sporo szlaków, w kierunku kilku lodowców. My wybraliśmy lodowiec Chalaadi.
Długa droga w dół
Trzeba było wyruszyć w dalszą drogę. Wybraliśmy powrót w ten sam sposób w jaki tu dotarliśmy. Alternatywą była górska droga przez Uszguli (malutką wioskę wpisaną na listę UNESCO). Niestety tamta trasa to ok. 8h, na co nie mogliśmy sobie pozwolić. Na sam koniec ekipa z Bolca podjęła kolejną próbę wypłaty kasy z bankomatu. W tym czasie ekipa Stolca zatrzymała się przy piekarni na małe zakupy.
Bolec załatwił wszystkie swoje sprawy i czekał... A Stolec... no nie wiadomo. Ekipa Bolca zaczęła się troszkę niecierpliwić, bo przecież ileż można kupować chleb?! A ekipę Stolca było stać tylko na rzucane prze Grześka niejasne komunikaty w stylu "20 min, trzeba czekać 20 min". Ale na co? po co? dlaczego? No nie wiadomo, podobno ktoś miał coś upiec. Być może... W dodatku cały proces wydłużył mniej miły incydent, czyli MANDAT!!! Grzegorz niestety najpierw ruszył, a dopiero potem miał zamiar zapiąć pas, co nie spodobało się panom policjantom nadjeżdżającym z naprzeciwka. Na szczęście mandaty w Gruzji są bardzo tanie. 40 lari, czyli 50 zł z kawałkiem kosztowała nas ta (nie) przyjemność. Szala goryczy przelała się, gdy radosny (chodź z mandatem) Stolec oznajmił Bolcowi, że nie kupił mu pysznego chlebka, bo ktoś coś miał piec przez 20 min...
I tak o to najedzony Stolec i głodny Bolec ruszyli w drogę, na nowo zdumiewając się piękną panoramą. Gdy głód Bolca sięgnął zenitu, zatrzymaliśmy się w przydrożnej knajpce na szybkie Chaczapuri. Z ciekawostek, na drodze do Mestii spotkać można wiele przydrożnych knajpeczek, w których można się posilić, a nawet przenocować. Jest też kilka straganów z domowym winem i czaczą.
Gdy nuda rodzi kreatywność
Z racji, że z rana mieliśmy trochę atrakcji, a czas zaczął nas delikatnie gonić, tego dnia staraliśmy się podgonić trasę, tak aby na 12 września spokojnie dojechać do Tbilisi. Jechaliśmy, jechaliśmy i jechaliśmy... Czas umilała nam muzyka, wino, śpiew i nowo wymyślona gra w połączenia. Mikrofalówki (krótkofalówki) okazały się strzałem w dziesiątkę i oprócz tego, że umożliwiały komunikację między autami to dawały dużo możliwości do integracji. Np. gra w połączenia - jeden samochód pyta drugi o to, co powstanie z połączenia czegoś z czymś. Napisanie tego na blogu ani trochę nie oddaje absurdu sytuacji, więc pozostawimy to dla siebie. Tak czy inaczej śmiechom nie było końca.
W tak radosnej atmosferze zaczął zbliżać się wieczór. W jednym z większych miast zatrzymaliśmy się na zakupy, próbując w konspiracji znaleźć gdzieś jakiś tort na wieczorne świętowanie. Jak to zazwyczaj bywa - jak się czegoś chce, to tego nie ma. Zadowoliliśmy się tanim szampanem, którym mieliśmy zamiar oblać Michała. Oczywiście zaliczyliśmy kolejną wtopę parkując na przystanku i po upomnieniu pana policjanta musieliśmy się przeparkować.
Zdołaliśmy jeszcze zaliczyć jedyną na tym tripie szybką wizytę w McDonaldzie. Dość dla nas zaskakujące, zważywszy na to, że na poprzednim tripie we Włoszech Mac był bardzo częstym miejscem na umycie się, zjedzenie śniadania i odpoczynek. Warto zaznaczyć, że Gruzja to państwo, w którym Mac w ogóle się nie przyjął. W sumie nie ma się co dziwić skoro mają tak pyszną i tanią kuchnię.
Nocleg w polu, urodziny i wycie wilków
Chcieliśmy odjechać jeszcze kawałek, żeby do końca wykorzystać dzień. Gdy słońce zaczęło być już dosyć nisko, zaczęliśmy szukać dogodnego miejsca na nocleg. Krajobraz zaczął przypominać nieco ten polski. Wioska za wioską, dom przy domu. Patrząc na google maps zdecydowaliśmy się skręcić w pierwszą lepszą drogę prowadzącą donikąd. Asfalt się skończył, pojawiła się jakaś bram, ale przecież otwarta czyli można jechać. To było to miejsce, którego szukamy. Piękne pole pokryte trawą z krzakami... krajobraz jak u babci pod Mielcem. Prawie jak w domu.
Naszą uwagę przykuły świnki i prosiaczki hasające po polu. Niestety świnki równają się smród. Przy takich zapachach ciężko biwakować, wiec odjechaliśmy jeszcze dalej. Kiedy niemiły zapach się skończył stanęliśmy, wypakowaliśmy się, rozwiesiliśmy mokre jeszcze tropiki. Mężczyźni poszli po drzewo. To miał być nasz ostatni nocleg pod namiotem, ostanie ognisko. Naszedł nasz lekki sentyment.
Głównym celem na wieczór było świętowanie 24 urodzin Michała. Ustaliliśmy tajny znak (który niech zostanie naszą słodką tajemnicą) i czekając na odpowiedni moment rozpaliliśmy ognisko. Nasz relaks na chwile przerwały dziwne odgłosy dobiegające z daleka. To ewidentnie było wycie wilków. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy czasem nie przyjdą nas pożreć. Ale później machnęliśmy ręką - co ma być to będzie.
Na urodziny Michała najpierw zaśpiewaliśmy jego ulubioną piosenkę, którą sam kiedyś skomponował, później głośne "sto lat" i wykonaliśmy uroczyste podrzucanie 24 razy. Cały wieczór minął pod kątem rozmów egzystencjalnych. Potworzyły się różne obozy, jedni rozmawiali o poglądach, społeczeństwie, pracy, a inni po prostu o życiu. Położyliśmy się o różnych porach. Gosia, Magda i Piotras poniesieni głębokimi tematami wytrzymali najdłużej. Zaowocowało to jednak w problemy ze znalezieniem namiotu przez Piotrasa (tak to jest jak chce się z żoną spać w oddali od pozostałych).
środa, 3 października 2018
niedziela, 23 września 2018
Dzień 11 - Wierząc, że wieża wytrzyma
Dzień dobry tu deszcz
Budzimy się rano, ale deszcz obijający się o nasze tropiki mówi nam, że nie ma po co wychodzić na zewnątrz. Drzemiemy jeszcze chwilę, ale wiele się nie zmienia. Niektórzy w końcu wyczołgują się z namiotu i odkrywają, że w sumie to nie pada, a kropi na nas z drzew.
Powoli wypełzamy z naszych domów. Co jakiś czas słyszymy odległe wybuchy - okazuje się, że nadchodzi burza. Zwiększająca się częstotliwość odgłosów grzmotów skutecznie zwiększa szybkość naszego składania namiotów.
Nadchodząca burza
Składamy się na czas przed burzą, która koniec końców przechodzi obok i pakujemy się do samochodów. Dziś czeka nas długa droga do Mestii.
Pijemy trochę podróżo-umilaczy i tłuczemy się po górskich drogach. W międzyczasie mijamy wiele przydrożnych kapliczek-grobów. Jak czytamy w przewodnikach, Gruzini zostawiają przy nich alkohol, aby móc się napić ze zmarłym. Zatrzymujemy się przy jednej z nich, ale ku naszemu rozczarowaniu znajdujemy tylko przepoję - pobladłą fantę. Przegania nas kropiący deszcz i uciekający czas i pijemy toast w samochodzie.
Kolejny obiad w restauracji
Tak naprawdę to pierwszy trip, na którym nie ma sensu tracenie czasu na gotowanie obiado-paszy dla wszystkich. W Gruzji jest tak tanio, że możemy sobie pozwolić na codzienne stołowanie się w barach czy restauracjach. Tak też robimy dzisiaj. Zatrzymujemy się w przydrożnym barze, który częściowo wkomponowany jest w skały. Dosłownie. Jedna ściana w kuchni to obmurowany głaz.
Najedzeni jedziemy dalej. W końcu dopada nas burza, która straszyła nas rano i zaczyna padać.
Mestia
Gdy docieramy do Mestii stwierdzamy, że ograniczymy zwiedzanie miasteczka do wyjścia na wieżę, a potem zjedzenia kolacji. Wieże, z których słynęła Mestia liczyły nawet po 5 kondygnacji. Służyły tym, którzy próbowali uciec przed tradycją krwawej zemsty, która była praktykowana przez rody i społeczności zamieszkujące ten region około X wieku. Ich walory obronne mogły być wykorzystywane również podczas najazdów Mongołów.
Wieża
Zdecydowaliśmy się wyjść na jedną z nich. U najwolniejszego sprzedawcy świata zapłaciliśmy po 3 lari za wejście i nie było już odwrotu. Każde piętro wieży połączone było lichą, chyboczącą się drabiną, która skrzypiała na każdym szczeblu.
Po pięciu piętrach akrobacji udało się wyjść na dach. W międzyczasie deszcz nie przestał padać, toteż na dachu spędziliśmy tylko kilka minut. Co więcej, dach nie budził naszego zaufania i staraliśmy się równo rozkładać nasz ciężar. Wydaje nam się, że gdybyśmy stanęli wszyscy w jednym miejscu, moglibyśmy udać się na dół na skróty.
Po pięciu piętrach akrobacji udało się wyjść na dach. W międzyczasie deszcz nie przestał padać, toteż na dachu spędziliśmy tylko kilka minut. Co więcej, dach nie budził naszego zaufania i staraliśmy się równo rozkładać nasz ciężar. Wydaje nam się, że gdybyśmy stanęli wszyscy w jednym miejscu, moglibyśmy udać się na dół na skróty.
Po zejściu z wieży rozpadało się na dobre. Z zadaszenia wypatrzyliśmy najbliższą restaurację i pobiegliśmy do niej, jak najszybciej mogliśmy, tak aby nie przemoknąć całkowicie.
Zamówiliśmy jedzenie, a Marlen znów dostała jakiś bulion. Gdy zjedliśmy, a na zewnątrz dalej szalała ulewa. Piotrek i Grzesiek pojechali na poszukiwanie hostelu, bo w takich warunkach spanie pod namiotami całkowicie odpadało. W międzyczasie poprosiliśmy o rachunek. Jak zwykle rozszyfrowywanie paragonu (aby wyliczyć, kto ile ma zapłacić) zajęło nam chwilę. Po podliczeniu zebranych pieniędzy wyszło nam, że mamy ich więcej niż trzeba zapłacić - okazało się, że pani kelnerka nie umie liczyć i 8 razy 3 równa się 8. Gdy w końcu się rozliczyliśmy i namierzyliśmy hostel, Radas zabrał resztę drugim samochodem i wszyscy pojechaliśmy na naszą nową kwaterę.
Tiara przydziału
W hostelu, z bliżej nieokreślonego powodu postanowiliśmy podzielić się na domy, zaczerpnięte z jednej ze szkół magii i czarodziejstwa. Szybko przygotowaliśmy tymczasową tiarę przydziału i każdy wylosował swój dom. Następnie planowaliśmy przydzielać tym domom punkty, za osiągnięcia i wpadki osób do nich przynależących. Z uwagi na wcześniejsze zwycięstwo w piciu w rozkroku, najwięcej punktów miał póki co Hufflepuff. Drugi był Slytherin, a ostatni Ravenklopp.
Palce
Podzieleni na domy postanowiliśmy zagrać w alko-grę o wiele mówiącej nazwie 'palce'. Polega to na oszacowaniu, ile palców zostanie na kieliszku/szklance z alkoholem i wypowiedzeniu liczby. W momencie, gdy liczba jest wypowiedziana, uczestnicy zabierają lub pozostawiają palec na szklance. Jeżeli osoba mówiąca liczbę ma szczęście i na szklance zostaje tyle palców, ile oszacowała, osoba ta odpada i nie bierze udziału w dalszej grze. Ostatnia osoba przegrywa i musi wypić zawartość kubeczka, w tym przypadku czowino - połączenie wina i czaczy. Osoba przegrywająca zgodnie z zasadą dostaje minus 10 punktów dla swojego domu.
Do spania
Gdy nasze palce miały już dość, rozeszliśmy się pomiędzy dwa pokoje, które wynajęliśmy i poszliśmy spać z nadzieją, że jutro nie będzie padać.
poniedziałek, 17 września 2018
Dzień 10 - Zasłużone plażowanie
Plany vs rzeczywistość
Tego ranka obudziliśmy się w hostelu w Batumi. Hostel kosztował 9 lari za osobę (ok. 13 zł) i miał śniadanie w cenie, przez co wszyscy byliśmy bardzo ciekawi, jak będzie wyglądało to śniadanie. Było średnie, czyli byliśmy pozytywnie zaskoczeni.
Miał to być dzień, w którym prawie nie będziemy jeździć, rano zwiedzimy ogród botaniczny, a od południa będziemy opalać się na plaży kilkanaście kilometrów na północ od Batumi.
Pochmurne niebo i prognoza opadów dosłownie i w przenośni ochłodziły nasze oczekiwania, ale mimo to podążaliśmy za planem z nadzieją na wypogodzenie.
Spakowaliśmy manatki i pojechaliśmy do ogrodów botanicznych. Nawigacja pokazywała 15 minut jazdy. Po kilkunastu minutach okazało się, że na drodze ekspresowej mamy skręcić w lewo, co oczywiście było niemożliwe i musieliśmy pojechać prosto. Chwilę później jechaliśmy drogą ekspresową, która nie była naniesiona na mapę a szacowany czas dojazdu, zamiast się zmniejszać, rósł.
Przez dłuższą chwilę nie mogliśmy zawrócić, ale w końcu udało się nam wjechać na drogę, która widnieje na mapach google i dojechać do celu zamykając się w jakiejś godzinie jazdy.
Ogrody botaniczne
Lekko mokrzy wypiliśmy drogą, ale za to niedobrą kawę i pojechaliśmy dalej na północ, gdzie chcieliśmy coś zjeść i zacząć szukać noclegu.
Ureka
Dojechaliśmy do turystycznej nadmorskiej miejscowości Ureka, gdzie pomiędzy sklepami sprzedającymi pamiątki i kółka do pływania znaleźliśmy pierwszą lepszą restaurację, w której postanowiliśmy przysiąść. Można by się spodziewać, że w nadmorskiej miejscowości będą sprzedawać głównie ryby, ale nie w Gruzji. Znów zamówiliśmy typowe gruzińskie jadło a na koniec każdy dopchał się Khinkali.
Najedzeni analizując mapy satelitarne, wytyczyliśmy potencjalną drogę, wzdłuż której będziemy szukać idealnego miejsca na plażowanie i nocleg.
Śmietnisko
Śmietnisko
Niestety to, co wyglądało bardzo dobrze z satelity, nie wyglądało tak dobrze z okien Bolca i Stolca. Najpierw jechaliśmy kilka kilometrów wzdłuż muru oddzielającego drogę od plaży, a gdy mur się skończył, dojechaliśmy do bardzo zaśmieconej plaży i jeszcze bardziej zaśmieconego ujścia rzeki. Nawet gdyby wszyscy mieli cęgi i zbierali śmieci, to zajęłoby nam z godzinę, aby uprzątnąć 20 metrów kwadratowych pod nasz obóz. Pojechaliśmy dalej z nadzieją, że zacznie się poprawiać.
Obiecująca plaża
Obiecująca plaża
Dojechaliśmy do bardziej kurortowej części nabrzeża (czytaj: prywatne kwatery) i zapytaliśmy właściciela jednego z domów czy nie będzie mu przeszkadzało, jak rozbijemy się przy plaży za jego domem. Zgodził się, dziwiąc, że chcemy się tam rozbijać. Miejsce było dobre, ale nie dostarczało nam zbyt wiele prywatności, przez co w tym samym momencie wysłaliśmy jednego zwiadowcę, aby sprawdził co jest dalej.
Raport od zwiadowcy był opóźniony, bo rozładowała mu się krótkofalówka, ale wrócił z dobrymi wieściami. Kilkaset metrów dalej było bardzo dobre miejsce bez domów, w miarę czyste odgrodzone małym laskiem od drogi. Co więcej - dalej był bar, do którego mogliśmy potem zawitać.
Raport od zwiadowcy był opóźniony, bo rozładowała mu się krótkofalówka, ale wrócił z dobrymi wieściami. Kilkaset metrów dalej było bardzo dobre miejsce bez domów, w miarę czyste odgrodzone małym laskiem od drogi. Co więcej - dalej był bar, do którego mogliśmy potem zawitać.
Zasłużone plażowanie
Jako że było już późno, a słońce chyliło się ku zachodowi, stwierdziliśmy, że najpierw plażujemy, a namioty rozbijemy potem.
Kamienista plaża wymasowała nasze plecy. Niektórzy postanowili się wykąpać. Były naprawdę duże fale, więc o ile wejście do morza było w miarę łatwe, to o tym, jak się z niego wychodziło, decydował sam Neptun. Niektórzy zostali wyturlani wraz z falą dobijająca do brzegu. Po kąpieli dalej czilowaliśmy na plaży, pijąc piwko, gadając i słuchając muzyki z podróżującego z nami głośnika.
Bar
Bar
Gdy nasze piwka zostały osuszone, rozbiliśmy namioty i poszliśmy dokończyć imprezę do pobliskiego baru. Grupa dziesięciu osób od razu ożywiła bar, zamówiliśmy kilka piwek i oczywiście Khinkali. Za pomocą naszego biednego wachlarza słów pogadaliśmy z właścicielem knajpki, który później postanowił nas uraczyć polską muzyką.
Gdy impreza dobiegła końca, poszliśmy spać do naszych namiotowych komnat, dziękując chmurom, że wytrzymały bez deszczu. Gdy zasnęliśmy, chmury nie mogły już trzymać dalej i zaczęło padać.
piątek, 14 września 2018
Dzień 9 - Wyboje w drodze do Batumi
Poranek już całkiem blisko nieba
Większość z nas, jak zdaje się nakazywać tradycja, zostaje obudzona przez Piotrasa i jego niezawodnego Heman'a bijącego z głośnika. Posłusznie wypełzając z ciepłych śpiworów cieszymy się, że cały nasz dobytek jest suchy. Nocleg w starej wagono-szopie - na pierwszy rzut oka niezbyt atrakcyjny - okazał się w zasadzie zbawienny, ponieważ noc na przełęczy Goerdzi (2027 m.n.p.m.) upłynęła pod znakiem dżdżystego deszczu. Niektórzy tylko okazali się wrażliwi na grzybo-pleśń wrastającą tu i ówdzie w ściany naszego dobytku i przez klika kolejnych dni będą musieli zmagać się z katarem. Po otwarciu drzwi od naszej górskiej daczy wszystkich przywitało wesoło świecące słońce, zachęcając nas do podziwiania pięknych krajobrazów.
Na dłuższy zachwyt nad pięknem Adżarskiej krainy nie pozwoliły nam nasze żołądki. Z wielką przyjemnością poszliśmy do tawerny prowadzonej przez naszego gospodarza na umówione poprzedniego dnia śniadanie. Podczas ostatniej wieczornej wieczerzy zorientowaliśmy się, że jeżeli chcemy zjeść typowo adżarskie dania, to najlepiej zrobić to właśnie tutaj. Zamówiliśmy więc na spółkę Sinori (ser Nadughi zapiekany z ciastem w formie ruloników) oraz kilka piwek na dobry początek dnia. Po kilkudziesięcio miuntowej procedurze pakowania pożegnaliśmy się z właścicielami knajpki, strzelając sobie wspólne foto. W końcu ruszyliśmy w dalszą - jak się okazało - długą i wyboistą drogę.
Droga do Khulo
Droga na trasie z Adigeni do Khulo z pewnością nie należy do najlepszych w kraju. Potrzebna była duża siła woli, żeby zmusić nawigację do tego, aby poprowadziła nas kilometrowo krótszą drogą. Postawiliśmy jednak na swoim i przez następne półtorej godziny dzielnie pokonywaliśmy niezliczone górskie zakrętasy, mijając tirowców-samobójców, wjeżdżających pod górę (jeśli w ogóle) z prędkością żółwia. Po minięciu miejscowości Khulo ponownie wjechaliśmy na asfalt. Do tego momentu zdołaliśmy ujechać jednak zaledwie niespełna 30 km. Do Batumi z Tibilisi można dotrzeć także trasą północną przez Kutaisi. My jednak nie żałujemy naszego wyboru - przede wszystkim ze względu na atrakcje znajdujące się po drodze, a także z powodu niesamowitych widoków warto wybrać drogę przez Mały Kaukaz.
Asfalt jest the best
Droga z Khulo do Batumi okazała się być bardzo przyjaną odmianą. Asfaltowa droga pozwoliła w końcu uspokoić nasze wewnętrzne organy po intensywnych wstrząsach na kamienistej drodze. Na drodze do Batumi znajduje się kilka kamienistych mostów rodem z XI wieku. My zatrzymaliśmy się przy moście Dandalo, który stanowi przeprawę nad rzeką Adżariscchali.
Przemierzając górskie wzniesienia Adżarii odczuć da się różnicę w klimacie tego regionu - zarówno pod względem pogody i roślinności (panuje tutaj klimat subtropikalny), jak i kulturowym (większość górskich miejscowości przyozdobiona jest sterczącymi jak ołówki minaretami - do dziś 30% mieszkańców Adżari stanowią muzułmanie). Za niezliczoną ilością zakrętów i wyprzedzonych pasących się na asfalcie krów naszym oczom ukazały się przedmieścia Batumi.
Nareszcie Batumi
No Batumi, ileż to można na ciebie czekać?? Jest! W końcu mijamy tabliczkę z nazwą kolejnego celu naszej podróży. Zmierzając do centrum robi się co raz bardziej bogato, pstrokato i... kiczowato. Miasto ze względu na zyski jakie czerpie z turystyki przeżywa boom inwestycyjny. Nie wszystkie inwestycje jednak są miłe dla oka. Buduje się tutaj chaotycznie - dosyć biedne przedmieścia gwałtownie przechodzą w wysokie apartamentowce pomalowane we wszystkie kolory tęczy. Ze względu na nową zabudowę Gruzini chwalą się, że Batumi wygląda jak kaukaski Dubai. No cóż... Radek nie potwierdza. Warto wspomnieć, że wielkim fanem tego miasta jest Donald Trump, który zapowiedział, że osobiście zaangażuje się, żeby Batumi stało się najlepszym miastem na Ziemii. W każdym razie przechadzając się po centrum nie sposób się zgubić. W każdym miejscu łatwo określić kierunek ze względu na górujący nad śródmieściem budynek a la Pałac Kultury w Warszawie.
Tanie ceny za nocleg w Gruzji skusiły nas, aby zarezerwować sobie miejsce do spania i móc eksplorować miasto nocą. Na miejscu okazało się jednak, że nowobogacki właściciel apartamentu w centrum i luksusowego Mercedes'a ma nam do zaoferowania 4 łóżka do spania, a nie 10, tak jak to opisał w internetowej ofercie. Po krótkich negocjacjach odpuściliśmy sobie nadmorskie apartamenty za 9 lari od osoby i wybraliśmy poczciwy hostel ze śniadaniem, znajdujący się blisko promenady za 10 lari. Po skorzystaniu z wytęsknionego przez wszystkich prysznica ruszyliśmy w miasto.
Wieczorna sesja plażingowa
Po wyjściu z hostelu włączyliśmy utarty już tryb - szybki sklep, szybko piwo, szybko plażing. Rozsiedliśmy się jak to tylko było możliwe najwygodniej na kamienistej plaży. Niektórzy postanowili od razu wskoczyć w fale Morza Czarnego. Trochę inaczej było w przypadku Karoliny, która została powalona i wchłonięta przez wysoką fale, trochę w brew swojej woli. Na szczęście przeżyła, chociaż przez chwile trudno było jej wstać na nogi. Dalsza część spaceru upłynęła nam na szukaniu restauracji. Włóczyliśmy się po centrum, aż w końcu trafiliśmy na miejsce, które można byłoby określić mianem starówki. Meczet ze złotą kopułą oraz stare, niskie kamienice zdają się opowiadać prawdziwą historię tego miasta. W końcu ulokowaliśmy się w sympatycznej knajpce, gdzie obsłużeni przez miłego kelnera zajadaliśmy się miejscowym Chaczapuri Adżaruli oraz innymi smakołykami takimi jak Charczo czy wino domowej roboty. Jedzenie było naprawdę znakomite.
Większość z nas, jak zdaje się nakazywać tradycja, zostaje obudzona przez Piotrasa i jego niezawodnego Heman'a bijącego z głośnika. Posłusznie wypełzając z ciepłych śpiworów cieszymy się, że cały nasz dobytek jest suchy. Nocleg w starej wagono-szopie - na pierwszy rzut oka niezbyt atrakcyjny - okazał się w zasadzie zbawienny, ponieważ noc na przełęczy Goerdzi (2027 m.n.p.m.) upłynęła pod znakiem dżdżystego deszczu. Niektórzy tylko okazali się wrażliwi na grzybo-pleśń wrastającą tu i ówdzie w ściany naszego dobytku i przez klika kolejnych dni będą musieli zmagać się z katarem. Po otwarciu drzwi od naszej górskiej daczy wszystkich przywitało wesoło świecące słońce, zachęcając nas do podziwiania pięknych krajobrazów.
Na dłuższy zachwyt nad pięknem Adżarskiej krainy nie pozwoliły nam nasze żołądki. Z wielką przyjemnością poszliśmy do tawerny prowadzonej przez naszego gospodarza na umówione poprzedniego dnia śniadanie. Podczas ostatniej wieczornej wieczerzy zorientowaliśmy się, że jeżeli chcemy zjeść typowo adżarskie dania, to najlepiej zrobić to właśnie tutaj. Zamówiliśmy więc na spółkę Sinori (ser Nadughi zapiekany z ciastem w formie ruloników) oraz kilka piwek na dobry początek dnia. Po kilkudziesięcio miuntowej procedurze pakowania pożegnaliśmy się z właścicielami knajpki, strzelając sobie wspólne foto. W końcu ruszyliśmy w dalszą - jak się okazało - długą i wyboistą drogę.
Droga do Khulo
Droga na trasie z Adigeni do Khulo z pewnością nie należy do najlepszych w kraju. Potrzebna była duża siła woli, żeby zmusić nawigację do tego, aby poprowadziła nas kilometrowo krótszą drogą. Postawiliśmy jednak na swoim i przez następne półtorej godziny dzielnie pokonywaliśmy niezliczone górskie zakrętasy, mijając tirowców-samobójców, wjeżdżających pod górę (jeśli w ogóle) z prędkością żółwia. Po minięciu miejscowości Khulo ponownie wjechaliśmy na asfalt. Do tego momentu zdołaliśmy ujechać jednak zaledwie niespełna 30 km. Do Batumi z Tibilisi można dotrzeć także trasą północną przez Kutaisi. My jednak nie żałujemy naszego wyboru - przede wszystkim ze względu na atrakcje znajdujące się po drodze, a także z powodu niesamowitych widoków warto wybrać drogę przez Mały Kaukaz.
Asfalt jest the best
Droga z Khulo do Batumi okazała się być bardzo przyjaną odmianą. Asfaltowa droga pozwoliła w końcu uspokoić nasze wewnętrzne organy po intensywnych wstrząsach na kamienistej drodze. Na drodze do Batumi znajduje się kilka kamienistych mostów rodem z XI wieku. My zatrzymaliśmy się przy moście Dandalo, który stanowi przeprawę nad rzeką Adżariscchali.
Przemierzając górskie wzniesienia Adżarii odczuć da się różnicę w klimacie tego regionu - zarówno pod względem pogody i roślinności (panuje tutaj klimat subtropikalny), jak i kulturowym (większość górskich miejscowości przyozdobiona jest sterczącymi jak ołówki minaretami - do dziś 30% mieszkańców Adżari stanowią muzułmanie). Za niezliczoną ilością zakrętów i wyprzedzonych pasących się na asfalcie krów naszym oczom ukazały się przedmieścia Batumi.
Nareszcie Batumi
No Batumi, ileż to można na ciebie czekać?? Jest! W końcu mijamy tabliczkę z nazwą kolejnego celu naszej podróży. Zmierzając do centrum robi się co raz bardziej bogato, pstrokato i... kiczowato. Miasto ze względu na zyski jakie czerpie z turystyki przeżywa boom inwestycyjny. Nie wszystkie inwestycje jednak są miłe dla oka. Buduje się tutaj chaotycznie - dosyć biedne przedmieścia gwałtownie przechodzą w wysokie apartamentowce pomalowane we wszystkie kolory tęczy. Ze względu na nową zabudowę Gruzini chwalą się, że Batumi wygląda jak kaukaski Dubai. No cóż... Radek nie potwierdza. Warto wspomnieć, że wielkim fanem tego miasta jest Donald Trump, który zapowiedział, że osobiście zaangażuje się, żeby Batumi stało się najlepszym miastem na Ziemii. W każdym razie przechadzając się po centrum nie sposób się zgubić. W każdym miejscu łatwo określić kierunek ze względu na górujący nad śródmieściem budynek a la Pałac Kultury w Warszawie.
Tanie ceny za nocleg w Gruzji skusiły nas, aby zarezerwować sobie miejsce do spania i móc eksplorować miasto nocą. Na miejscu okazało się jednak, że nowobogacki właściciel apartamentu w centrum i luksusowego Mercedes'a ma nam do zaoferowania 4 łóżka do spania, a nie 10, tak jak to opisał w internetowej ofercie. Po krótkich negocjacjach odpuściliśmy sobie nadmorskie apartamenty za 9 lari od osoby i wybraliśmy poczciwy hostel ze śniadaniem, znajdujący się blisko promenady za 10 lari. Po skorzystaniu z wytęsknionego przez wszystkich prysznica ruszyliśmy w miasto.
Wieczorna sesja plażingowa
Po wyjściu z hostelu włączyliśmy utarty już tryb - szybki sklep, szybko piwo, szybko plażing. Rozsiedliśmy się jak to tylko było możliwe najwygodniej na kamienistej plaży. Niektórzy postanowili od razu wskoczyć w fale Morza Czarnego. Trochę inaczej było w przypadku Karoliny, która została powalona i wchłonięta przez wysoką fale, trochę w brew swojej woli. Na szczęście przeżyła, chociaż przez chwile trudno było jej wstać na nogi. Dalsza część spaceru upłynęła nam na szukaniu restauracji. Włóczyliśmy się po centrum, aż w końcu trafiliśmy na miejsce, które można byłoby określić mianem starówki. Meczet ze złotą kopułą oraz stare, niskie kamienice zdają się opowiadać prawdziwą historię tego miasta. W końcu ulokowaliśmy się w sympatycznej knajpce, gdzie obsłużeni przez miłego kelnera zajadaliśmy się miejscowym Chaczapuri Adżaruli oraz innymi smakołykami takimi jak Charczo czy wino domowej roboty. Jedzenie było naprawdę znakomite.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























