piątek, 24 lipca 2015

Dzień 13 - Bardzo długi dzień

Codzienna rutyna

Do tej pory większość naszych dni wyglądała podobnie: pobudka o świcie, śniadanie, ogarnianie się, wyruszanie w trasę, wiele godzin jazdy i zwiedzania z przerwą na obiad, w końcu szukanie plaży, kojąca kąpiel w morzu i relaks przy piwerku. Jest to dobry plan, zawsze znajdowaliśmy prysznic, kończyliśmy dzień wymęczeni ale najedzeni i pachnący, noc na świeżym powietrzu regenerowała nas po intensywnym dniu.



Zmiana klimatu

Tym razem chcieliśmy jednak zmienić otoczenie i wyrwać się z tej pięknej rutyny, nawet do najlepszych rzeczy łatwo jest się przyzwyczaić. Tym bardziej, że czarnogórskie wybrzeże było piękne, ale podejście do turystów nas trochę zniechęciło. Dzień wcześniej z leciutką obawą o naszą higienę wjechaliśmy wgłąb Czarnogóry i znaleźliśmy nocleg w parku narodowym 30 kilometrów od wejścia na najwyższy szczyt tego kraju.

Dormitor

Dormitor, bo o nim mowa, jest najwyższym masywem Gór Dynarskich. Jego główny szczyt, który zaplanowaliśmy zdobyć nazywa się Bobotow Kuk i ma 2523m n.p.m. Do tego jest otoczony osiemnastoma szczytami mierzącymi ponad 2300m. Dormitor jest tak egzotyczny głównie przez swoją skalę, właściwie można powiedzieć, że cały ten kraj to góry. Mając porównanie do naszych Tatr, byliśmy zaskoczeni jak patrząc z wysokości na horyzont widać co raz to dalsze łańcuchy, jedne wyraźniejsze, inne skryte za mgłą. Głębia widoku hipnotyzowała.





Ale wracając do początku - zarządziliśmy pobudkę na 3 w nocy. Nauczeni czterdziestukilku stopniowymi upałami chcieliśmy choć połowę trasy przejść w cieniu. Zaspani podjechaliśmy pod szlak, zgarnęliśmy dużo wody do plecaków i zaczęliśmy wycieczkę.



Wspinaczka

Na początku nie było widać dużo, pomagaliśmy sobie latarkami. Jak już zaczęło wschodzić słońce zaczęły się również bardziej strome podejścia. Ogólnie na trasie było dużo konkretnych wejść, czasami schodziliśmy w głęboką dolinę żeby potem z westchnieniem wspinać się na kolejne wysokie skały. Domino zrobił chyba z milion zdjęć, gopro również zrobiło robotę.




Cała trasa zajęła nam koło 4 godzin w jedną stronę. Najbardziej niebezpieczny był ostatni fragment, gdzie wdrapywaliśmy się po gołych skałach z łańcuchami i kilkuset metrową przepaścią z boku. Ostatecznie nikt nie spadł i całą ósemką zmęczeni legliśmy na szczycie. Dla nas wszystkich był to rekord wysokości - znajdowaliśmy się najwyżej w życiu.









Zeszliśmy już w pełnym słońcu, na szczęście górski wiatr dodawał otuchy. Przypaleni ale względnie nieśmierdzący wpakowaliśmy się do busa i ruszyliśmy w kierunku Bośni i Hercegowiny. Po drodze podziwialiśmy jakieś turkusowe jeziorko.




Goły Radek

Przed samą granicą, po dość męczącej drodze spieraliśmy się, czy będzie przypał jeżeli kierowca Radas podjedzie do granicy z gołą klatą. Przy pierwszym okienku strażnik pytał po serbsku o jakiś "rafting" ale widząc nasze głupie miny skończył szydzić (czego się wcześniej nie domyśliliśmy) i machnął ręką. Przy drugim okienku znów zaczęły się problemy, strażnik oczywiście mówił tylko po serbsku.
Bojąc się, że nie mamy jakiegoś wymaganego dokumentu byliśmy strasznie zmieszani, stwierdziliśmy później że pewnie wyglądaliśmy jak skończeni idioci. Nagle domyśliliśmy się, że problemem była włochata klata Radka i chórem wybuchliśmy śmiechem. Kierowiec założył bluzę i reszta kontroli poszła gładko ale wszyscy (a właściwie siedmioro z nas) nie mogliśmy się uspokoić przez najbliższe dziesięć minut.


Pierwsze wrażenia z Bośni

Pierwsze dziesięć kilometrów drogi było tragiczne, 2 metry szerokości, góry piasku zamiast barierek, momentami żużel i bezczelne ciężarówki wymuszające pierwszeństwo. Radek stwierdził, że taka droga mogłaby prowadzić z centrum Świebo do elektrowni w Świebo, a nie z jednego państwa do drugiego. Na szczęście po półgodzinie trzęsienia dojechaliśmy do względnie lepszego kawałka jezdni.


Zwariowana Beata Paulina z domu Bąk

Mieliśmy jeszcze jedną okazję do niekontrolowanego wybuchu śmiechu. Nasza Beatka, która wyprowadziła nas już nie raz na manowce robiąc sprytne skróty przez nieczynne drogi, wąskie jednokierunkowe uliczki czy żużel (zamiast leżącego kilkanaście metrów obok eleganckiego asfaltu) przekroczyła granicę absurdu. Mając przed sobą prosty, względnie płaski kawałek drogi zdecydowała się zrobić nam długi, kręty objazd pobliską górką przez półtora metrową drogę żużlową. Zawróciliśmy się a świadkami tego bałaganu była tylko stara baba sprzedająca grille na środku pustkowia.

Wymęczeni drogą zajechaliśmy do przydrożnej knajpy na obiad. Menu było pisane cyrylicą więc zjedliśmy kupę grillowanego mięcha polecanego przez kelnerkę i zregenerowani ruszyliśmy W kierunku Sarajewa.

Sarajewo

Tam nie było takiej dziczy jak w reszcie kraju. Z zewnątrz miasto było niespecjalne, wyglądało trochę jakby w środku Radomia wybudowano trzy szklane wieżowce. Starówka była za to bardzo urocza i wielokulturowa, niestety nie mamy stamtąd wielu zdjęć - Domino zrobił 200 zdjęć gór więc logicznie w mieście zrobił tylko jedno. Dowiedzieliśmy się dużo o historii walk na Bałkanach i zobaczyliśmy most, na którym przeprowadzony był zamach na arcyksięcia Ferdynanda, który rozpoczął pierwszą wojnę światową.
Z racj tego, że większą część ludności Bośni stanowią muzułmanie sami ludzie wydawali nam się egzotyczni, też większość meczetów po wojnie pomogły odbudowywać państwa arabskie. Kobiety w burkach były na każdej ulicy, co prowokowało nas do nie do końca poprawnych politycznie żartów.


Stary gdzie jest piwo?

Pod sam koniec poszliśmy do supermarketu i dopadła nas karma. Pytając się siebie nawzajem "gdzie piwo? widziałeś piwo?" i biegając nerwowo po sklepie okazało się że podczas Ramadanu piwa nie kupimy. Brudni, przegrzani i bez piwa pojechaliśmy szukać noclegu.

Powiew luksusu

Zdecydowaliśmy się na odrobinę luksusu i zapłaciliśmy po 5 euro za kemping. Tym bardziej, że chwilę wcześniej Michał opowiadał nam o minach porozsiewanych po całym kraju i grasujących tu żmijach. z ulgą skorzystaliśmy z prysznica, kuchenki, pralki i szybkiego internetu. Gdyby nie odgłosy pociągów z jednej strony, aut z drugiej i samolotów z pobliskiego lotniska poczulibyśmy się prawie jak w domu.

czwartek, 23 lipca 2015

Dzień 12 - Czarnogóra

Poranek

Obudziliśmy się na parkingu średnio wyspani. Doszliśmy do wniosku, że nie chcemy jeść śniadania pod sklepem więc ruszyliśmy w drogę.
 
Pierwszy posiłek zrobiliśmy sobie już w Kotorze przy samym wybrzeżu z widokiem na fiordy. Po ciężkiej nocy odbiliśmy sobie wykwintnym śniadaniem - w menu były parówki i jajecznica. Chłopaki spędzili pół godziny kłócąc się kto nie myje patelni, licytując się jak ciężko mają podczas wyprawy - ostatecznie pracą zespołową udało im się tego dokonać. Radas przyniósł wodę z morza, Meksyk włożył patelnię, Piotras przyniósł gąbkę, a Domino przyłapany na opierdalactwie musiał umyć frisbee. Patelnia pozostała brudna ale mimo to najedzeni ruszyliśmy w miasto.




Klimatyczne miasto
 
Kotor to urocza mieścinka wpisana na listę UNESCO. Ma śródziemnomorski charakter, pełne jest wąskich uliczek, nieregularnych placów, świątyń i pałaców, jej niesymetryczny układ pochodzi jeszcze z okresu średniowiecza. Całość otoczona jest grubymi murami obronnymi.  Jakby tego było mało z trzech stron nad miastem unoszą się góry i urwiska. Sama nazwa ma chyba coś wspólnego z kotem i wszędzie były koty ale nie chciało nam się już w to wnikać.








Spacerowaliśmy chwilę po starówce i patrząc na górującą nad miastem cerkiew i twierdzę zdecydowaliśmy się tam wspiąć. Widoki były jak zawsze fantastyczne, choć wróciliśmy stamtąd ledwo żywi. Odpalając vana przekonaliśmy się dlaczego tak było - termometr wskazywał 47 stopni.






Ukojenie

Na szczęście ukoiliśmy spieczone ramiona wskakując do pobliskiego morza. Ciężko było stamtąd wyjść - woda była przyjemnie chłodna i chyba z godzinę bawiliśmy się różowym frisbee we wróżki a później zjedliśmy ciepłego arbuza na deser. Jakiś luj ukradł Piotrasowi okularki ale udało się je polubownie odzyskać. Przy takiej pogodzie podczas pakowania się do auta znowu byliśmy mokrzy od stóp do głów ale nie zważając na to opuściliśmy Kotor.





Wgłąb Czarnogóry

Dalsza droga wiodła nas wgłąb kontynentu, bo następnego dnia planowaliśmy wypad w górki. Po drodze zahaczyliśmy o Ostrog - jeden z najważniejszych ośrodków Serbskiej Cerkwi Prawosławnej. Budynek jest wbudowany w jamę skalną, przez co sprawia imponujące wrażenie, w XVII w. pokryto go freskami. Sam monastyr jest ładny ale bez szału, bardziej podobała nam się jego lokalizacja. Po spacerze i kilku krzywych spojrzeniach starych pań pojechaliśmy w kierunku gór.





Nowy dom

Reszta dnia minęła głownie w aucie, czarnogórskie drogi były bardzo kręte więc lokalizację pod nocleg znaleźliśmy dopiero przed zachodem słońca. Wybraliśmy polankę w niewielkiej dolinie przy głównej trasie - byliśmy totalnie niewidoczni mając jednocześnie blisko do drogi. Chcieliśmy zrobić sobie kolację ale w dziwny sposób makaron zmienił się w zupę mleczną i koniec końców zjedliśmy dopiero po 22. Najważniejsze, że Piotrasy, Juhu i Biadolin poznosili kamienie z okolicy i zrobili eleganckie ławki, bez tego zapewne wieczór zmieniłby się w katastrofę.




Kładąc się spać wpatrywaliśmy się w gwiazdy, których już dawno nie widzieliśmy w takiej ilości. Był to niesamowity widok, którego nie zapewniłby nam nawet najlepszy hotel. Zasnęliśmy przed 23 bo następnego dnia planowialiśmy poranną wspinaczkę na najwyższą górę w Czarnogórze.

środa, 22 lipca 2015

Dzień 11 - Polisz turists olłejs komplikejszyn

Mordercza pogodaJeszcze nie w pełni sił pojechaliśmy do Kruji - niewielkiego albańskiego miasteczka w celu zobaczenia zamku, kupienia pamiątek i złapania odrobiny wi-fi (z dala od cywilizacji mieliśmy lekkie opóźnienie na blogu). Jemy obiadek skuszeni niskimi cenami (od 10zł za pizzę) i zauroczeni obsługującym nas grubiutkim 11latkiem. Skonani upałem czołgamy się do auta. Temperatura co chwila przekracza 40 stopni, ledwo żyjąc rezygnujemy z jakiegokolwiek dalszego zwiedzania i niemiłosiernie śmierdzący kierujemy się na Czarnogórę.







Po lekkiej drzemce w aucie, z ledwo wyrabiającą upały klimatyzacją zatrzymują nas korki na granicy. Do tego jesteśmy atakowani przez cygańskie dzieci, które po zamknięciu szyb stukają nam w auto, poważnie boimy się o karoserię Skurwella. Bez większych komplikacji przejeżdżamy przez granicę (na szczęście nie przeszukiwali nam busa - do Czarnogóry teoretycznie nie wolno nam było wwozić puszek, które razem z nami zwiedzają Europę).





Spadek morale

Od razu po przejechaniu granicy zmienia się krajobraz. Błyskawicznie robi się zielono i krzaczaście. Beata Paulina, zawsze służąca pomocą, znajduje nam skrót nad jezioro. Droga ma 2 metry szerokości i bardzo duże nachylenie, nie ma żywego ducha w okolicy a mijanie nielicznych aut graniczy z niemożliwością. Skurwello ledwo wyrabia, zmęczenie sięga zenitu, upał przekracza 42 stopnie (dalsza podróż pokaże, że nie był to rekord).




Jezioro Szkoderskie

Po krótkiej przerwie na regenerację sił ruszamy dalej i wjeżdżamy na trochę lepszą drogę. Od razu spotykamy stado kóz, które karmimy płatkami kukurydzianymi, chwilę potem spotykamy żółwia pomykającego środkiem asfaltu. Widoki robią sie co raz lepsze bo widzimy Jezioro Szkoderskie - największy akwen śródlądowy na bałkanach (400 km2), nazywamy Bagnem Szkoderskim. Szoczysta zieleń wchodzi z lądu do wody, nad tym wszystkim górują zielone szczyty. Brzeg jest bardzo urozmaicony, widać wiele małych, jednak zabudowanych wysepek.   Widok tak zapiera dech w piersi, że pojawiają się pomysły noclegu na okolicznych łąkach. Wizja chmary komarów nas odstrasza i kierujemy się na wybrzeże.






Koniec gościnności

Po Albaniach i innych Bułgariach, gdzie bywały dzikie plaże albo gościnni właściciele pozwalający nam na nocleg boleśnie zderzamy się z czarnogórską rzeczywistością. Wybrzeże jest krótkie więc zagospodarowane w 100%. Plaże są całkowicie prywatne i zamykane na noc (z czym nigdzie wcześniej się nie spotykaliśmy), nie ma nawet kawałka bezpańskiego piasku. Obsługa, pewnie zmęczona tłumem turystów, jest bezlitosna.
Zmęczeni znajdujemy w końcu kawałek wolnej trawy za kempingami w Budvie. Wokoło śmierdzi ściekami, prysznice nad morzem są nieczynne i ogólnie nieciekawe towarzystwo się kręci w okolicy. Powietrze jest ciężkie, bardzo wilgotne, Skurwello momentalnie zaparowywuje. Jesteśmy tak padnięci, że jemy kolację i decydujemy się na nocleg w nieprzyjemnych warunkach, myjemy się w jedynym czynnym prysznicu. Gdy powoli zaczynamy się relaksować i układamy się w śpiworkach na trawie podjeżdża do nas starszy facet na rowerku i w oznajmia nam, że ten kawałek śmierdzącej trawy jest kempingiem i kosztuje 3 euro od osoby. Podczas rozmowy obraża nasz kraj, pogardliwie wyraża się o polskich turystach, nie przyjmuje kobiecego paszportu do podpisania umowy, ogólnie robi wszystko, co mogłoby nas wyprowadzić nas z równowagi. Jesteśmy tak zmęczeni, że decydujemy się zagryźć zęby i zapłacić burakowi. Sytuacja zmienia się, gdy przynosi nam rachunek, w którym doliczył dodatkowe 12 euro podatków i opłat, ponownie obrażając żeńską część wycieczki. Puszczają nam nerwy, idziemy pogadać z typem i odwołać wszystko. On stuka się w czoło, zamyka nam szybkę przed nosem, potem niechętnie oddaje paszport stwierdzając: "Polisz turists olłejs komplikejszyn". Śmiejąc się z niego zbieramy rzeczy do vana i o 12 w nocy jedziemy szukać nowego domu.

Koniec końców podjeżdżamy pod pobliski supermarket i śpimy na trawniku za nim. Nikt (poza psami) nam nie przeszkadza, śpimy do rana i mamy blisko na porane zakupy. Nie wysypiamy się do końca ale mamy satysfakcję z całej tej sytuacji.





wtorek, 21 lipca 2015

Dzień 10 - Albański raj

Leniwy poranek

Następnego dnia wstaliśmy z leżaczków koło 7, wyspani jak nigdy. Pewnie poleżelibyśmy dłużej, ale gdy słońce wstało zza gór zrobiło się trochę nieznośnie. Do jakiegoś południa leniliśmy się na plaży, korzystając z gościnności właściciela, zwanego przez nas "Boss 1", ewentualnie "król Albanii". Znaleźliśmy dobre miejsce do skoków do wody, wszyscy korzystali z dobrodziejstw plaży. Bardzo potrzebowaliśmy takiego dnia po wielu dniach w pośpiechu i po tysiącach lometrów (pozdro dla kumatych) w ciasnym busie.







Koło 12, gdy na bezludną plażę przyjechała chyba połowa Albanii, jakiś chłopczyk podszedł i domagał się opłat za leżaczki. Potraktowaliśmy to jako motywację do wyruszenia w trasę i leniwie opuściliśmy nasz albański raj.



Albańska życzliwość 

Warto w tym miejscu powiedzieć jak zachwyceni byliśmy gościnnością Albańczyków. Boss zażyczył sobie za nocleg 500 lujów, czyli jakieś 15zł za całą ekipę. Do tego przedstawił nam swoją rodzinę i zapraszał do dłuższego pobytu. To głównie ludzie w tym kraju sprawili, że zostało nam z niego tyle wspomnień. O tym, że nie jest to pojedyncza sytuacja mieliśmy się przekonać jeszcze tego samego wieczoru.


Need for speed: Albania drift

Ruszyliśmy w dalszą trasę po albańskiej riwierze. W tym miejscu można jeszcze raz wspomnieć o albańskich kierowcach. Każdy z nas słyszał coś o tym z opowiadań ale nikt nie wyobrażał sobie skali zjawiska. Dopiero widząc na własne oczy, jak wyprzedza nas autobus na górskim zakręcie, z naprzeciwka lewym pasem jedzie dziwaczny trójkołowiec a między tym wszystkim spacerują sobie krowy zdaliśmy sobie sprawę jak to wygląda. Co dziwne, naszym kierowcom całkiem się te zwyczaje spodobały. Reszta grupy pod koniec wyjazdu też nauczyła się przechodzić przez czteropasmową jezdnię bez rozglądania się na jadące auta.



Slumsy

Mimo, że przywykliśmy już do widoków gór i morza to w albańskim wydaniu wszystko wyglądało jeszcze inaczej i równie zachwycająco. Zjedliśmy obiad w niepozornej knajpce w Himare (risotto i spaghetti z owocami morza, buntownicy wybrali pizzę) i ruszyliśmy w kierunku Vlory. Jest to duża, czysto turystyczna miejscowość zbudowana głównie z hoteli.


Żeby znaleźć nocleg musieliśmy wyruszyć trochę za miasto. Okolica zaczęła przypominać slumsy, brudne i pełne dziwnych ludzi. Niezrażeni zaczęliśmy szukać plaży do spania. Gdy opuszczaliśmy jedną z nich wystraszeni opłatami za leżaki zaczepił nas jej właściciel, mówiąc, że możemy tu sobie spokojnie odpoczywać.




Plażowe hulanki i swawole

Albańczyk ten, nazwany "Boss 2" zasługuje na oddzielny akapit. Był przez kilkanaście lat pracownikiem ambasady w RPA, jest nauczycielem angielskiego i cziluje sobie na swojej własnej plaży. Z lekkim zdziwieniem wysłuchał historii naszej wyprawy i powiedział, że możemy sobie spokojnie spać na jego leżaczkach i przeparkować auto w bezpieczniejsze miejsce. Pogadaliśmy z nim (i jego pracownikiem mówiącym tylko po włosku) i od razu przypadliśmy sobie do gustu. Poczęstowaliśmy go swojskim, polskim, parszywym trunkiem (którego od początku wyjazdu nie mieliśmy okazji wykorzystać) a on w zamian dał nam spróbować swojej własnej raki (ich wersja rakii). Okazało się to niespodziewanym początkiem grubej imprezy. Jeszcze tego samego dnia rano zastanawialiśmy się, że od początku wyjazdu zdarzało nam się napić lokalnego piwka czy wina, ale nie było jakiejś większej okazji do mocniejszego alkoholu. Sytuacja niespodziewanie uległa zmianie. Integracja była bardzo przyjemna, a o żadnej zapłacie za alkohol czy drobniejsze jedzenie nasz znajomy nawet nie chciał słyszeć.


Na szczęście miejsc do spania było dużo i w nocy spokojnie legliśmy na leżaczkach a mieszanie bimbru z rakiją utuliło nas do snu. Ochroniarz policzył nas przed snem i czuwał nad nami w nocy.



Rankiem obudziło nas znowu słońce. Był to jednak jeden z tych dni, gdzie wstawanie o 6 jest smutne i poranek był trochę niemrawy. Szczęśliwie tego problemu nie miał kierujący Meksyk i nasz guardian angel Pati. Śpiący bus wyruszył w dalszą drogę.