Po porannej walce z zakopanym Skurwellem dojeżdżamy w końcu do stacji benzynowej, jesteśmy już dość blisko granicy z Białorusią i nie ma tu takich stacji jak na południowym zachodzie Ukrainy. Ta na której się zatrzymujemy ma tylko jedną toaletę (jak większość) a w środku zamiast sklepu, hot-dgów i kawy są kwiatki i sofa, nie można tutaj nic kupić oprócz paliwa. Tak czy siak rozkładamy się na parkingu, rozwijamy sznurek, wieszamy ubrania. W obroty idzie tuńczyk i paprykarz, który spożywamy przy turystycznym stoliku. Po ponad godzinie w końcu wszystkim udaje się zaczerpnąć trochę czystości z umywalki a i Skurwello jest czystszy bo udaje się nam pożyczyć miotłę i mop.
Do granicy
Dojazd do granicy to już same lasy i poligony. Wyjazd z Ukrainy idzie bardzo szybko bo nie ma żadnej kolejki, celnik widząc stopień załadowania bagażnika macha ręką i puszcza nas dalej. Jedziemy około kilometr przez ziemię niczyją i dojeżdżamy do Białorusi, tutaj już jest spory korek i nastawiamy się na godziny czekania. Wzdłuż kolejki samochodów jeździ na rowerze baczeka, któa sprzedaje napoje, batoniki i kawę z termosu. Oprócz niej chodzi pogracznik, który nas wyłapuje i udziela nam informacji, że nas puści bokiem bo zaliczamy się do autobusów, dzięki czemu omijamy korek i już jesteśmy na odprawie celnej.
Tutaj okazuje się, że musimy wypakować całego Skurwella bo będą przeglądać bagaż, trzy razy pytamy w trakcie czy naprawdę mamy to wypakowywać. Koniec końców musieliśmy przećwiczyć sztukę rozpakowywania i zapakowywania bagażnika. Udało się przejść całą papierkową robotę, wizy też przeszły i oto jesteśmy na Białorusi.
No to na Homel
Wjechaliśmy na Białoruś i kierujemy się na Homel. Na pierwszej stacji benzynowej okazuje się, że stacje tu nie są za bogate i nie ma co liczyć na kawkę i hot-dogi. O kantor też ciężko. Rozważamy zakup BelToll ale stwierdzamy, że ominiemy drogi płatne przez które mieliśmy jechać (44km do Mińska) i nadłożymy trochę drogi.
W mieście Homel zamierzamy wymienić pieniądze, coś zjeść i zobaczyć pomnik Lenina. Z tym pierwszym idzie ciężko, nie widać tu kantorów, pytamy przechodniów gdzie można wymienić pieniądze i okazuje się, że tu robi się to w bankach. Kupujemy ruble, niektórzy dostają ich 50, inni 500000 a to przez denominację, która miała tu ostatnio miejsce i wciąż operuje się tu starymi i nowymi pieniędzmi. Jemy kolację w restauracji, robimy zdjęcie z Leninem i wracamy do busa, żeby udać się na nocleg.
Nocleg
Tutaj na Białorusi jest dość płasko a duże przestrzenie są pokryte ogromnymi polami i gospodarstwami w stylu PGR. W końcu kilometr od głównej drogi znajdujemy dogodne miejsce i rozkładamy się na nocleg. Jest dość pochmurnie ale mamy nadzieję, że tym razem nie będzie padać i trochę wyschną nam namioty. Na polnej dróżce rozkładamy stolik i krzesełka aby raczyć się piwkiem i krabowymi czipsami.
sobota, 20 sierpnia 2016
piątek, 19 sierpnia 2016
Dzień 4 - Po dziurach do Kijowa (s02e04)
Przyjemny poranek
Budzimy się dość wcześnie, bo o 6 czasu ukraińskiego, czyli tak naprawdę o 5, załapujemy się przy okazji na wschód słońca. Mamy przed sobą długi dzień - ponad 450 km w trasie i zwiedzanie Kijowa. Poranne zbieranie się trwa zwykle jakieś 2 godziny - łącznie ze złożeniem namiotów, zrobieniem herbatki i kanapek, zapakowaniem gigantycznego bagażnika i podręcznego bałaganu. Zauważamy jednak, że z dnia na dzień idzie nam to co raz sprawniej a bagażnik jakoś delikatnie się kompresuje.
Dziura na dziurze
Lekko senni wyjeżdżamy z krzaków, chociaż po jakimś czasie widzimy, że spanie grozi guzami na głowie. W teorii spodziewaliśmy się słabych dróg, zresztą jedziemy już Ukrainą czwarty dzień i do tej pory wytrząsło nami porządnie. Na początku dnia myślimy, że tak dziurawo będzie tylko dopóki nie dojedziemy do jakiejś drogi głównej. Po godzinie, zamiast do cywilizacji dojeżdżamy do czegoś wyglądającego jak zajezdnia autobusowa. Stamtąd skręcamy w dziwne dróżki, prowadzące przez tereny przemysłowe i koszary wojskowe. Tak jak cały czas do tej pory - nie spotyka nas ze strony miejscowych nic nieprzyjemnego, tubylcy patrzą na nas tylko z lekkim zdziwieniem. Cywilizacja oficjalnie się kończy i kolejne 4-5 godzin jedziemy przez pola, lasy, poprzeplatane czasami zrujnowanymi domami albo starą stacją benzynową.
Jak na początku patrząc na te drogi czujemy lekkie rozbawienie i przygodę, tak po 6 godzinach totalnych wertepów, wyglądających gorzej niż dojazd na plac budowy jesteśmy już poirytowani. Kierowca jest wymęczony slalomem a siedzący w ostatnim rzędzie są cali w siniakach. Przed samym Kijowem sytuacja zmienia się błyskawicznie i dziury zamieniamy na stanie w korkach.
Kijów
Dojeżdżamy do miasta dopiero na 16 i parkujemy pod centrum handlowym Ocean Plaza, gdzie mamy chwilę na cheesburgera i zakupy. Później za 60 groszy kupujemy plastikowe żetoniki do metra, i jedziemy nim do samego centrum. W środku jest dość tłoczno a z zewnątrz wagony wyglądają jak pociągi regio sprzed 10 lat, ale za taką cenę nie narzekamy.
Idziemy zjazdem św. Andrzeja - urokliwą, brukowaną, krętą uliczką pod górę, wśród kolorowych kamienic i rękodzieła sprzedawanego na straganach. Wspinamy się na Wzgórze Zamkowe, z którego wśród krzaków rozciąga się panorama Kijowa. Dobrze stąd widać wszystkie błyszczące kopuły i ogólnie ogromny przepych, tym bardziej uderzający, że właśnie przyjechaliśmy z prowincji, a od kilku dni nie widzieliśmy nawet kilometra nowego asfaltu.
Dalej mijamy barokowy kościół i dochodzimy do miejsca, które jest centrum życia religijnego prawosławia. Po jednej stronie ogromnego placu góruje Sobór Sofijski, po drugiej Sobór Św. Michała. Oba są cudownie kolorowe i wyglądają jak zamki z wejściówki Disneya. Do jednego nie udaje nam się wejść, bo znowu jesteśmy za późno, drugi szybko zwiedzamy.
Na koniec idziemy jeszcze na Majdan, z rzeźbą będącą symbolem ukraińskiej niepodległości. Sam plac był ostatnio centrum wszystkich politycznych wydarzeń, więc chcieliśmy zobaczyć miejsce, które swego czasu widywaliśmy ciągle w wiadomościach. Robimy tam kilka zdjęć i zmęczeni wracamy do metra.
Dalej w drogę
Robimy większe zakupy przed wyjazdem. Jakby ktoś nie wiedział - 0,5 wódki kosztuje tu 12 zł, dobre piwa 1,5 zł, papierosy mniej niż 3 zł (chociaż to ostatnie średnio nas zainteresowało). Dla porównania ubrania w sieciówkach są momentami nawet droższe niż w Polsce. W samym Kijowie wydaje nam się, że jest już bardziej "rosyjsko", nawet język się zmienił, częściej słyszymy "zdrastwujtie" od znajomo brzmiącego "dobryj dień".
O 20 wyjeżdżamy z Kijowa, znowu ganiąc się za to, że nie wyrobimy się z rozłożeniem obozu przed zachodem słońca.
Straszny pan w lesie
Odjeżdżamy z pół godziny za miasto i za Dnieprem szukamy w półmroku dobrego miejsca na obóz. Wygląda to mniej więcej tak, że zatrzymujemy się przy drodze i 3 osoby z latarkami idą w poszczególne leśne odnogi szukając dobrego miejsca na zaparkowanie Skurwella i rozbicie namiotów. W pewnym momencie następuje grupowy atak paniki, gdyż coś, co wyglądało jak drzewo z bliska okazuje się starszym mężczyzną stojącym jakby nigdy nic w ciemności przy drodze w środku lasu. Miejsce za nim wydaje sie jednak idealne pod obozowisko więc zatrzymujemy się i zagadujemy. Jak zawsze wychodzi na to, że strach ma wielkie oczy i mężczyzna okazuje się przemiłym człowiekiem, czekającym na jakiś samochód. Mówi nam, że tu jest dużo zielonego miejsca i jak chcemy to spokojnie możemy tu kimnąć. Po chwili odjeżdża.
My w tym czasie manewrujemy samochodem po lesie i trochę się zakopujemy ale w sumie stoi w dobrym miejscu więc wypychanie z piachu zostawiamy sobie na rano a póki co bierzemy się za rozkładanie namiotów i robimy sobie coś ciepłego do jedzenia. Noc jest przyjemna i ciepła, choć profilaktycznie dogrzewamy się jeszcze przywiezioną z Polski orzechówką. Po jakimś czasie pakujemy się w namioty i idziemy spać.
Urwanie chmury
W środku nocy budzi nas łomoczący o namioty deszcz i straszliwe grzmoty. Wstrzymujemy chęć wybiegnięcia i schowania się do auta i obserwujemy od środka jak powoli ścianki namiotu zaczynają przemakać. Jesteśmy tak zmęczeni, że po jakimś czasie w środku tego wszystkiego udaje nam się zasnąć.
Kłopotów ciąg dalszy
Gdy się budzimy z burzy zostaje już lekka mżawka. Wstajemy, zgarniamy przemoczone rzeczy i chcemy pakować się do busa i zrobić śniadanie koło jakiejś stacji benzynowej, w której moglibyśmy się choć trochę umyć i wysuszyć. Po zapakowaniu zauważamy, że Skurwello zakopał się w piasku bardziej niż myśleliśmy i spędzamy kolejną godzinę, by pomóc mu wydostać się z dziczy. Jesteśmy cali w błocie, ale nie udaje nam się ruszyć auta nawet o centymetr (no może wkopał się kilka centymetrów głębiej). W końcu Pati zatrzymuje jakiegoś Ukraińca, który tak się przejął naszym losem, że odczepił nawet swoją przyczepkę, by wyciągnąć nas linką z kłopotów. Dobry Samarytanin po chwili odjeżdża żegnany ulgą w naszych oczach i brawami a my w końcu ruszamy szukać jakiejś stacji benzynowej, bo wyglądamy już bardziej jak uchodźcy niż turyści.
Budzimy się dość wcześnie, bo o 6 czasu ukraińskiego, czyli tak naprawdę o 5, załapujemy się przy okazji na wschód słońca. Mamy przed sobą długi dzień - ponad 450 km w trasie i zwiedzanie Kijowa. Poranne zbieranie się trwa zwykle jakieś 2 godziny - łącznie ze złożeniem namiotów, zrobieniem herbatki i kanapek, zapakowaniem gigantycznego bagażnika i podręcznego bałaganu. Zauważamy jednak, że z dnia na dzień idzie nam to co raz sprawniej a bagażnik jakoś delikatnie się kompresuje.
Dziura na dziurze
Lekko senni wyjeżdżamy z krzaków, chociaż po jakimś czasie widzimy, że spanie grozi guzami na głowie. W teorii spodziewaliśmy się słabych dróg, zresztą jedziemy już Ukrainą czwarty dzień i do tej pory wytrząsło nami porządnie. Na początku dnia myślimy, że tak dziurawo będzie tylko dopóki nie dojedziemy do jakiejś drogi głównej. Po godzinie, zamiast do cywilizacji dojeżdżamy do czegoś wyglądającego jak zajezdnia autobusowa. Stamtąd skręcamy w dziwne dróżki, prowadzące przez tereny przemysłowe i koszary wojskowe. Tak jak cały czas do tej pory - nie spotyka nas ze strony miejscowych nic nieprzyjemnego, tubylcy patrzą na nas tylko z lekkim zdziwieniem. Cywilizacja oficjalnie się kończy i kolejne 4-5 godzin jedziemy przez pola, lasy, poprzeplatane czasami zrujnowanymi domami albo starą stacją benzynową.
Jak na początku patrząc na te drogi czujemy lekkie rozbawienie i przygodę, tak po 6 godzinach totalnych wertepów, wyglądających gorzej niż dojazd na plac budowy jesteśmy już poirytowani. Kierowca jest wymęczony slalomem a siedzący w ostatnim rzędzie są cali w siniakach. Przed samym Kijowem sytuacja zmienia się błyskawicznie i dziury zamieniamy na stanie w korkach.
Kijów
Dojeżdżamy do miasta dopiero na 16 i parkujemy pod centrum handlowym Ocean Plaza, gdzie mamy chwilę na cheesburgera i zakupy. Później za 60 groszy kupujemy plastikowe żetoniki do metra, i jedziemy nim do samego centrum. W środku jest dość tłoczno a z zewnątrz wagony wyglądają jak pociągi regio sprzed 10 lat, ale za taką cenę nie narzekamy.
Idziemy zjazdem św. Andrzeja - urokliwą, brukowaną, krętą uliczką pod górę, wśród kolorowych kamienic i rękodzieła sprzedawanego na straganach. Wspinamy się na Wzgórze Zamkowe, z którego wśród krzaków rozciąga się panorama Kijowa. Dobrze stąd widać wszystkie błyszczące kopuły i ogólnie ogromny przepych, tym bardziej uderzający, że właśnie przyjechaliśmy z prowincji, a od kilku dni nie widzieliśmy nawet kilometra nowego asfaltu.
Dalej mijamy barokowy kościół i dochodzimy do miejsca, które jest centrum życia religijnego prawosławia. Po jednej stronie ogromnego placu góruje Sobór Sofijski, po drugiej Sobór Św. Michała. Oba są cudownie kolorowe i wyglądają jak zamki z wejściówki Disneya. Do jednego nie udaje nam się wejść, bo znowu jesteśmy za późno, drugi szybko zwiedzamy.
Na koniec idziemy jeszcze na Majdan, z rzeźbą będącą symbolem ukraińskiej niepodległości. Sam plac był ostatnio centrum wszystkich politycznych wydarzeń, więc chcieliśmy zobaczyć miejsce, które swego czasu widywaliśmy ciągle w wiadomościach. Robimy tam kilka zdjęć i zmęczeni wracamy do metra.
Dalej w drogę
Robimy większe zakupy przed wyjazdem. Jakby ktoś nie wiedział - 0,5 wódki kosztuje tu 12 zł, dobre piwa 1,5 zł, papierosy mniej niż 3 zł (chociaż to ostatnie średnio nas zainteresowało). Dla porównania ubrania w sieciówkach są momentami nawet droższe niż w Polsce. W samym Kijowie wydaje nam się, że jest już bardziej "rosyjsko", nawet język się zmienił, częściej słyszymy "zdrastwujtie" od znajomo brzmiącego "dobryj dień".
O 20 wyjeżdżamy z Kijowa, znowu ganiąc się za to, że nie wyrobimy się z rozłożeniem obozu przed zachodem słońca.
Straszny pan w lesie
Odjeżdżamy z pół godziny za miasto i za Dnieprem szukamy w półmroku dobrego miejsca na obóz. Wygląda to mniej więcej tak, że zatrzymujemy się przy drodze i 3 osoby z latarkami idą w poszczególne leśne odnogi szukając dobrego miejsca na zaparkowanie Skurwella i rozbicie namiotów. W pewnym momencie następuje grupowy atak paniki, gdyż coś, co wyglądało jak drzewo z bliska okazuje się starszym mężczyzną stojącym jakby nigdy nic w ciemności przy drodze w środku lasu. Miejsce za nim wydaje sie jednak idealne pod obozowisko więc zatrzymujemy się i zagadujemy. Jak zawsze wychodzi na to, że strach ma wielkie oczy i mężczyzna okazuje się przemiłym człowiekiem, czekającym na jakiś samochód. Mówi nam, że tu jest dużo zielonego miejsca i jak chcemy to spokojnie możemy tu kimnąć. Po chwili odjeżdża.
Urwanie chmury
W środku nocy budzi nas łomoczący o namioty deszcz i straszliwe grzmoty. Wstrzymujemy chęć wybiegnięcia i schowania się do auta i obserwujemy od środka jak powoli ścianki namiotu zaczynają przemakać. Jesteśmy tak zmęczeni, że po jakimś czasie w środku tego wszystkiego udaje nam się zasnąć.
Kłopotów ciąg dalszy
Gdy się budzimy z burzy zostaje już lekka mżawka. Wstajemy, zgarniamy przemoczone rzeczy i chcemy pakować się do busa i zrobić śniadanie koło jakiejś stacji benzynowej, w której moglibyśmy się choć trochę umyć i wysuszyć. Po zapakowaniu zauważamy, że Skurwello zakopał się w piasku bardziej niż myśleliśmy i spędzamy kolejną godzinę, by pomóc mu wydostać się z dziczy. Jesteśmy cali w błocie, ale nie udaje nam się ruszyć auta nawet o centymetr (no może wkopał się kilka centymetrów głębiej). W końcu Pati zatrzymuje jakiegoś Ukraińca, który tak się przejął naszym losem, że odczepił nawet swoją przyczepkę, by wyciągnąć nas linką z kłopotów. Dobry Samarytanin po chwili odjeżdża żegnany ulgą w naszych oczach i brawami a my w końcu ruszamy szukać jakiejś stacji benzynowej, bo wyglądamy już bardziej jak uchodźcy niż turyści.
Dzień 3 – W głąb Ukrainy (s02e03)
Budzimy się w zupełnie nieoczekiwanych warunkach. Każdy z nas leży w wygodnym łóżku z miękką pościelą. Czyżby okazało się, że nasz trip dobiegł już końca i śpimy już w naszych domach? Wszyscy jednak szybko dochodzą do siebie i po upragnionym prysznicu w lekko rdzawej wodzie ruszamy dalej. Jeżeli ktoś nie czuł się jeszcze całkowicie wybudzony, po kilku chwilach na lokalnych drogach nikt już nie miał wątpliwości, że ostatecznie pożegnaliśmy się z krainą Morfeusza.
Następna stacja – Czerniowce
Zachęceni opisem tego miejsca z przewodnika, że jakoby niegdyś chodniki w tym miejscu zamiatało się różami, psy nazywało się imionami greckich bogów, wieczorami obalało się teorie estetyki, a tutejsze kury ponoć niegdyś z ziemi wydziobywały wiersze Hoelderlina, śmiało zdecydowaliśmy się nawet za cenę urwanego koła na ukraińskich wertepach, odwiedzić Czerniowce. Jest to drugie po Lwowie miasto we wschodniej Galicji, które robi na odwiedzających największe wrażenie. Stolica północnej Bukowiny, kiedyś bogate i wielokulturowe, dzisiaj jednolicie ukraińskie i biedne miasto. Na miejscu urządziliśmy dłuższy spacer, na którego trasie znalazły się okazałe kamienice i pałace, zbudowane na modłe stołecznego niegdyś Wiednia. Mineliśmy po drodze ratusz, teatr, cały różowy sobór katedralny św. Ducha, okazały Żydowski Dom Ludowy oraz Rumuński Pałac Narodowy. Dwa ostatnie są pamiątkami po społecznościach zamieszkujących to miejsce przed wojną. Najprzyjemniej spacerowało się nam po deptaku na ul. Kobylanśkoj, na którym przez ostatnie dziesięciolecie pojawiło się mnóstwo knajpek, co przeczy opisom restauracji z przewodnika w stylu: "Niskiej klasy restauracja z menu charakterystycznym dla kuchni rumuńskiej, np. mamałyga".
Prawie jak na Sorbonie...
Po zjedzeniu tradycyjnego dla Ukrainy obiadu, w którym nie brakło typowego tutaj borszczu, oddaliśmy się zwiedzaniu, chociaż niektóym ciężko było chodzić ze względu na przejedzenie. Najszczęśliwszym członkiem ekipy wydawał się być Grzegorz, który w końcu dostał swoją porcje borszczu. Gwoździem programu okazał się kompleks niemieckiego uniwesytetu, założonego w Czerniowcach w XIX wieku. Pierwotnie pałac biskupów prawosławnych, z zewnątrz robi bardzo dobre wrażenie. Za drobną opłatą wpuszczono nas na teren kampusu. Niestety dalej nie mieliśmy już zbyt wiele szczęścia. Nie udało się nam wejść do głównego, administracyjnego budynku, ani do ponoć bogato zdobionej cerkwi, której kopuła zdaje się dominować nad całym miastem.
Szybciej, bo czerwony Skurvello na nas czeka!
Ostatnim punktem na mapie naszego zwiedzania był lokalny dworzec, z piekną halą dworcową. Po zaspokojeniu pewnych oczywistych potrzeb, ale też tych konsumpycjnych, z dużym opóźnieniem ruszyliśmy dalej. Niestety ze względu na czas musieliśmy odpuścić zwiedzanie znanego z historii Chocimia.
Po dwóch godzinach nieustannego wstrząsania, podskakiwania samochodu i omijania slalomem dziur drogowych, z dużą dozą zadowolenia wysiedliśmy na parkingu w Kamieńcu Podolskim. Miasto to jest punktem docelowym wielu wycieczek polskich miłośników kresów. Ciekawi polskich pamiątek w tym mieście, nie mogliśmy tu nie przyjechać. Na początku, przechodząc przez most Nowoplanowski zrobiliśmy kilka zdjęć nad jarem wyżłobionym przez rzekę Smotrycz. Część z nas wybrała alternatywny sposób pokonania rzeki, zjeżdżając na linie nad przepaścią.
Byliśmy także pod katedrą św. Piotra i Pawła, nad którem góruje minaret, na którego szczycie znajduje się figura Matki Boskiej. Jest to pamiątka po toczonych na tych terenach wojnach z Turcją, w wyniku których miasto przechodziło pod władze różnych stron. Zwieńczeniem dnia był widok na twierdzę, która pięknie komponuje się w otoczenie ze swoimi strzelistymi basztami. Przez setki lat niedostępna dla wroga, nie do zdobycia okazała się także dla nas. Pomimo prób przekonania pana strażnika, nie udało się nam wejść do środka. Przyjechaliśmy niestety zbyt późno.
Dawaj tutaj!
Spragnieni lekkiego czilu, chcieliśmy jak najszybciej znaleźć miejsce do spania. I tak oto, znalazło znalazło się pewne pole z pięknym widokiem na ogromną fabrykę, prawie jak na zawołanie.
Następna stacja – Czerniowce
Zachęceni opisem tego miejsca z przewodnika, że jakoby niegdyś chodniki w tym miejscu zamiatało się różami, psy nazywało się imionami greckich bogów, wieczorami obalało się teorie estetyki, a tutejsze kury ponoć niegdyś z ziemi wydziobywały wiersze Hoelderlina, śmiało zdecydowaliśmy się nawet za cenę urwanego koła na ukraińskich wertepach, odwiedzić Czerniowce. Jest to drugie po Lwowie miasto we wschodniej Galicji, które robi na odwiedzających największe wrażenie. Stolica północnej Bukowiny, kiedyś bogate i wielokulturowe, dzisiaj jednolicie ukraińskie i biedne miasto. Na miejscu urządziliśmy dłuższy spacer, na którego trasie znalazły się okazałe kamienice i pałace, zbudowane na modłe stołecznego niegdyś Wiednia. Mineliśmy po drodze ratusz, teatr, cały różowy sobór katedralny św. Ducha, okazały Żydowski Dom Ludowy oraz Rumuński Pałac Narodowy. Dwa ostatnie są pamiątkami po społecznościach zamieszkujących to miejsce przed wojną. Najprzyjemniej spacerowało się nam po deptaku na ul. Kobylanśkoj, na którym przez ostatnie dziesięciolecie pojawiło się mnóstwo knajpek, co przeczy opisom restauracji z przewodnika w stylu: "Niskiej klasy restauracja z menu charakterystycznym dla kuchni rumuńskiej, np. mamałyga".
Prawie jak na Sorbonie...
Po zjedzeniu tradycyjnego dla Ukrainy obiadu, w którym nie brakło typowego tutaj borszczu, oddaliśmy się zwiedzaniu, chociaż niektóym ciężko było chodzić ze względu na przejedzenie. Najszczęśliwszym członkiem ekipy wydawał się być Grzegorz, który w końcu dostał swoją porcje borszczu. Gwoździem programu okazał się kompleks niemieckiego uniwesytetu, założonego w Czerniowcach w XIX wieku. Pierwotnie pałac biskupów prawosławnych, z zewnątrz robi bardzo dobre wrażenie. Za drobną opłatą wpuszczono nas na teren kampusu. Niestety dalej nie mieliśmy już zbyt wiele szczęścia. Nie udało się nam wejść do głównego, administracyjnego budynku, ani do ponoć bogato zdobionej cerkwi, której kopuła zdaje się dominować nad całym miastem.
Szybciej, bo czerwony Skurvello na nas czeka!
Ostatnim punktem na mapie naszego zwiedzania był lokalny dworzec, z piekną halą dworcową. Po zaspokojeniu pewnych oczywistych potrzeb, ale też tych konsumpycjnych, z dużym opóźnieniem ruszyliśmy dalej. Niestety ze względu na czas musieliśmy odpuścić zwiedzanie znanego z historii Chocimia.
Po dwóch godzinach nieustannego wstrząsania, podskakiwania samochodu i omijania slalomem dziur drogowych, z dużą dozą zadowolenia wysiedliśmy na parkingu w Kamieńcu Podolskim. Miasto to jest punktem docelowym wielu wycieczek polskich miłośników kresów. Ciekawi polskich pamiątek w tym mieście, nie mogliśmy tu nie przyjechać. Na początku, przechodząc przez most Nowoplanowski zrobiliśmy kilka zdjęć nad jarem wyżłobionym przez rzekę Smotrycz. Część z nas wybrała alternatywny sposób pokonania rzeki, zjeżdżając na linie nad przepaścią.
Byliśmy także pod katedrą św. Piotra i Pawła, nad którem góruje minaret, na którego szczycie znajduje się figura Matki Boskiej. Jest to pamiątka po toczonych na tych terenach wojnach z Turcją, w wyniku których miasto przechodziło pod władze różnych stron. Zwieńczeniem dnia był widok na twierdzę, która pięknie komponuje się w otoczenie ze swoimi strzelistymi basztami. Przez setki lat niedostępna dla wroga, nie do zdobycia okazała się także dla nas. Pomimo prób przekonania pana strażnika, nie udało się nam wejść do środka. Przyjechaliśmy niestety zbyt późno.
Dawaj tutaj!
Spragnieni lekkiego czilu, chcieliśmy jak najszybciej znaleźć miejsce do spania. I tak oto, znalazło znalazło się pewne pole z pięknym widokiem na ogromną fabrykę, prawie jak na zawołanie.
środa, 17 sierpnia 2016
Dzień 2 - Droga w góry (e02s02)
Poranek
Jest poranek, powoli wychodzi słońce a my wyruszamy w stronę Czarnohory aby wyjść na Howerlę. Już po kilku kilometrach zatrzymuje nas widok za oknem, robimy sobie zdjęcie z górami w tle. Czekało nas kilka godzin na ukraińskich drogach, które miały się pogarszać, póki co było całkiem nieźle. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej aby obudzić się kawą i zażyć trochę higieny, trzeba przyznać, że stacje benzynowe są tu tak dobre i tak liczne jak w Polsce czego się nie spodziewaliśmy.
Za Iwano Frankiwskiem drogi zaczynają być usiane pułapkami, w których można stracić koło. Mijamy Worochtę i dojeżdżamy do szlabanu, gdzie trzeba zapłacić za wjazd pod schronisko na Zaroślaku. Cena nie jest wygórowana (15 hrywien za osobę) tak samo jak dalsza droga (15 dziur na metr kwadratowy). Podjazd jest ciężki, momentami trzeba czekać aż samochód przed nami odjedzie trochę aby się nie zatrzymać na podjeździe co mogłoby się skończyć ostrym miotaniem kamieni spod kół. W końcu dojeżdżamy pod schronisko i przygotowujemy się do wyjścia na szczyt.
Wyjście i deszcz
Nisko zawieszone chmury przeszywane promieniami słońca wyglądają równie ładnie co niepokojąco, mimo to wyruszamy zdobywać Howerlę, jest już 14ta a trasa ma mieć łącznie 4-5h więc nie mamy dużo czasu. Początkowo mylimy szlak i tracimy jakieś 15 minut ale później idziemy już do celu bez żadnych wątpliwości. Mniej więcej w 80% trasy zaczyna kropić a później padać, jest dość ślisko i późno więc decydujemy się zejść przed szczytem. Byliśmy na Howerli, co prawda nie na szczycie ale za to zdobyliśmy tzw. Małą Howerlę co lekko poprawia nam humor.
Zejście po błocie
Jest dość ślisko i już po połowie drogi w dół dziewczyny mają brązowe tyłki, oczywiście w wyniku kontaktu z błotem. Potem jeszcze Grzesiek impregnuje but i nogę w kałuży z błota i w końcu dochodzimy do busa.
Szukanie noclegu i nocleg na bogato
Jest mżawka i trochę myślimy czy może by się nie zatrzymać w jakimś przydrożnym hoteliku jednak po kilkunastu minutach jazdy busem robi się nam znów ciepło i rozglądamy się za noclegiem w krzakach. Kierujemy się na Kołomyję, odpuszczamy kilka ładnych miejsc bo jest za wcześnie a chcemy jeszcze zahaczyć o jakiś sklep.
W końcu znajdujemy sklep. Michał kupuje piwo, wychodzi przed sklep z zakupami i czyta cyrlicę: 'bezalkoholnyje', budzi to lekkie obawy wśród obecnych i każdy sprawdza swoje piwko, okazuje się, że Michał nie jest sam i wracamy się wymienić piwa na normalne co udaje się bez problemu.
Czysto. Czyści my, i wódka czysta...
Odpuściliśmy wcześniej kilka fajnych miejsc a teraz robi się ciemno a dookoła same domy - nie ma się gdzie rozbić. W końcu mijamy hotel, i postanawiamy sprawdzić po ile nocleg. Okazuje się, że wychodzi po 13 zł na głowę - dziś będziemy spać na bogato. W pokoju robimy mikro imprezkę, w między czasie myjemy się i czyści idziemy spać.
Jest poranek, powoli wychodzi słońce a my wyruszamy w stronę Czarnohory aby wyjść na Howerlę. Już po kilku kilometrach zatrzymuje nas widok za oknem, robimy sobie zdjęcie z górami w tle. Czekało nas kilka godzin na ukraińskich drogach, które miały się pogarszać, póki co było całkiem nieźle. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej aby obudzić się kawą i zażyć trochę higieny, trzeba przyznać, że stacje benzynowe są tu tak dobre i tak liczne jak w Polsce czego się nie spodziewaliśmy.
Za Iwano Frankiwskiem drogi zaczynają być usiane pułapkami, w których można stracić koło. Mijamy Worochtę i dojeżdżamy do szlabanu, gdzie trzeba zapłacić za wjazd pod schronisko na Zaroślaku. Cena nie jest wygórowana (15 hrywien za osobę) tak samo jak dalsza droga (15 dziur na metr kwadratowy). Podjazd jest ciężki, momentami trzeba czekać aż samochód przed nami odjedzie trochę aby się nie zatrzymać na podjeździe co mogłoby się skończyć ostrym miotaniem kamieni spod kół. W końcu dojeżdżamy pod schronisko i przygotowujemy się do wyjścia na szczyt.
Wyjście i deszcz
Nisko zawieszone chmury przeszywane promieniami słońca wyglądają równie ładnie co niepokojąco, mimo to wyruszamy zdobywać Howerlę, jest już 14ta a trasa ma mieć łącznie 4-5h więc nie mamy dużo czasu. Początkowo mylimy szlak i tracimy jakieś 15 minut ale później idziemy już do celu bez żadnych wątpliwości. Mniej więcej w 80% trasy zaczyna kropić a później padać, jest dość ślisko i późno więc decydujemy się zejść przed szczytem. Byliśmy na Howerli, co prawda nie na szczycie ale za to zdobyliśmy tzw. Małą Howerlę co lekko poprawia nam humor.
Zejście po błocie
Jest dość ślisko i już po połowie drogi w dół dziewczyny mają brązowe tyłki, oczywiście w wyniku kontaktu z błotem. Potem jeszcze Grzesiek impregnuje but i nogę w kałuży z błota i w końcu dochodzimy do busa.
Szukanie noclegu i nocleg na bogato
Jest mżawka i trochę myślimy czy może by się nie zatrzymać w jakimś przydrożnym hoteliku jednak po kilkunastu minutach jazdy busem robi się nam znów ciepło i rozglądamy się za noclegiem w krzakach. Kierujemy się na Kołomyję, odpuszczamy kilka ładnych miejsc bo jest za wcześnie a chcemy jeszcze zahaczyć o jakiś sklep.
W końcu znajdujemy sklep. Michał kupuje piwo, wychodzi przed sklep z zakupami i czyta cyrlicę: 'bezalkoholnyje', budzi to lekkie obawy wśród obecnych i każdy sprawdza swoje piwko, okazuje się, że Michał nie jest sam i wracamy się wymienić piwa na normalne co udaje się bez problemu.
Czysto. Czyści my, i wódka czysta...
Odpuściliśmy wcześniej kilka fajnych miejsc a teraz robi się ciemno a dookoła same domy - nie ma się gdzie rozbić. W końcu mijamy hotel, i postanawiamy sprawdzić po ile nocleg. Okazuje się, że wychodzi po 13 zł na głowę - dziś będziemy spać na bogato. W pokoju robimy mikro imprezkę, w między czasie myjemy się i czyści idziemy spać.
poniedziałek, 15 sierpnia 2016
Dzień 1 – Trip numer 2 (s02e01)
Nowy Trip
Rozpoczeliśmy już nową wyprawę,
ostatnie dni przygotowań były bardzo napięte, więc nie było
czasu na prolog. Zmieniliśmy trasę, nie będziemy wracać z tej
strony Bałtyku, zamiast wracać z Helsinek w trasę powrtoną
postanowiliśmy zobaczyć Szwecję i Danię, okupimy to 14 godzinami
na promie ale mamy nadzieję, że warto.
Przygotowania ostro
Szykowanie do wyjazdu zaczęło się na
dobrą sprawę z pół roku temu. Wymyślaliśmy trasę podczas
luźnych spotkań przy piwku, w związku z czym cały proces był
dość czasochłonny. Wiedzieliśmy już na szczęście czego nie
dopilnowaliśmy rok temu więc wszystkie formalności udało się
ogarnąć i w sobotę po południu pojechaliśmy po nowego Skurwella,
zwanego również Biedą. Chociaż w sumie jest nowszy od ostatniego,
większy i czerwony – więc szybszy.
Bus zawitał do Świebo koło północy,
przywiózł z Krakowa część ekipy i poszliśmy w kimę,
zostawiając pakowanie na rano. W związku z tym, że mieliśmy
wyjeżdżać o 6:40 to umówiliśmy się na załadowywanie o 6:30.
No to ruszamy!
Wyjechaliśmy o 7, żegnani dobrymi
radami, zmartwionymi minami i tonami jedzenia. Zgarnęliśmy retszę
grupy z Mielca, dodając do naszej tony bagażu kolejną tonę
walizek.
Kolejka do granicy
Żeby nie wyjechać z Polski zbyt
szybko postaliśmy sobie na granicy 3 godziny. Było strasznie nudno
ale na szczęście chłopaki chcieli strzelić kilka zdjęć, co
okazało się jakieś strasznie nielegalne i zostali poproszeni do
kierownika zmiany. Nic z tego na szczęście nie wyniknęło i dalej
mogliśmy spokojnie stać w korku.
Lwów
Bez wrażeń dojechaliśmy do Lwowa.
Połaziliśmy trochę po mieście, tłumy okazały się straszne.
Później złapała nas ulewa więc ludzi zrobiło się trochę
mniej. Wszamaliśmy jakieś spaghetti, które było bardzo tanie ale
trzykrotnie mniejsze niż w naszych planach. Najbardziej
niepocieszony był Grzesiek gdy po pół godziny dowiedział się że
barszczu jednak nie ma i że "może będzie jutro".
Cmentarz
Wyjeżdżając z miasta chcieliśmy
zachaczyć o cmentarz Orląt Lwowskich. Weszliśmy przez przymkniętą
już bramę i spokojnie spacerowaliśmy. Chwilowo zrobiło się dosć
refleksyjnie, rozmawialiśmy o historii i relacjach
polsko-ukraińskich. Rozkminy przerwaliśmy, gdy okazało się, że
brama wyjściowa została zamknięta, a mur jest zbyt wysoki do
przeskoczenia. Szukając innego wyjścia szykowaliśmy awaryjny plan
noclegu w katakumbach, jednak po jakimś czasie znalazł nas tutejszy
stróż i wypuścił.
Nocleg numer 1
Szukaliśmy jakiegoś spania ok. 50 km
za Lwowem. Pogoda się pogarszała, słońce zachodziło więc nie
byliśmy specjalnie wybredni. Udało nam się znaleźć kawałek
pastwiska w jakiejś wsi. Z daleka słuchać było jakieś wesele a
chodząc po trawie trzeba było uważać na najprawdopodobniej krowie
lub gęsie (to jest dyskusyjne) kupy, jednak pod innymi względami
było bardzo przyjaźnie. Nawet jakiś zdziwiony dziadek przyjechał
na rowerze zobaczyć kto mu się panoszy po jego polu ale zobaczył,
że nie mamy złych zamiarów i podpowiedział nam gdzie najlepiej
rozłożyć namiot, żeby go nie podtopiło.
Zjedliśmy coś, wypiliśmy herbę i
wskoczyliśmy w namioty. W nocy obudził nas deszcz a potem duży
deszcz ale przy tym pierwszym już poprawiliśmy tropiki więc ten
drugi nic nam nie zrobił.
A wy z polszy?
Rano wbrew temu czego oczekiwaliśmy
było ciepło, zjedliśmy śniadanie, pogadaliśmy z miejscowymi
chłopami wyprowadzającymi krowy. Jeden pytał jak podoba się nam
Ukraina, odpowiedzieliśmy, że piękna, zrozumiał, że biedna, po
krótkiej rozmowie stwierdził na odchodne, że piękna, biedna
Ukraina. Potem spakowaliśmy bagażnik w nowy lepszy sposób i
pojechaliśmy dalej.
wtorek, 21 czerwca 2016
Kolejna wyprawa!
Mam nadzieje, że się za nami stęskniliście! Jeśli tak to mamy dobrą wiadomość. W sierpniu wyruszamy na kolejną wyprawę! :) Przygotowania już ruszyły pełną parą.
Tym razem za cel obraliśmy Wschodnią część Europy. Dlaczego? Bo dla każdego z nas jest to kraina nieznana, nieco tajemnicza i na pierwszy rzut oka niezachęcająca.
Kraje, które mamy zamiar odwiedzić to: Ukraina, Białoruś, Litwa, Łotwa, Estonia i Finlandia. Po drodze będziemy chcieli zwiedzić niegdyś polski Lwów, wspiąć się na ukraińskie Bieszczady, na własne oczy zobaczyć kijowski Majdan oraz Czarnobyl, cofnąć się w czasie do nadal autorytarnej Białorusi, podziwiać ojczyznę Adama Mickiewicza - Litwę, zobaczyć jak żyje się w mało nam znanej Łotwie i Estonii, a także przeprawić się promem i dotknąć ziemi skandynawskiej w Helsinkach.
W naszej ekipie nastąpiły małe zmiany. Meksyk (Piotrek) i Biadolin (Dominik) z przyczyn osobistych niestety nie będą mogli z nami pojechać :(
Za to w naszej ekipie witamy trójkę nowych, wspaniałych ludzi: Martynę, Gosię i Grześka :). Myślę, że będzie nam się wspaniale razem podróżować.
Czeka nas sporo załatwień: wynajem busa (to już w sumie ogarnięte), wizy na Białoruś, ubezpieczenia, prom itp. Poza tym chcemy się trochę pobawić i spróbować naszych sił w szukaniu sponsora.
Zapraszamy do śledzenia naszego bloga. Będziemy was informować o postępach w przygotowaniach. A już w sierpniu zapraszamy na wspólną podróż! :)
Pozdrawiamy!!!
Tym razem za cel obraliśmy Wschodnią część Europy. Dlaczego? Bo dla każdego z nas jest to kraina nieznana, nieco tajemnicza i na pierwszy rzut oka niezachęcająca.
Kraje, które mamy zamiar odwiedzić to: Ukraina, Białoruś, Litwa, Łotwa, Estonia i Finlandia. Po drodze będziemy chcieli zwiedzić niegdyś polski Lwów, wspiąć się na ukraińskie Bieszczady, na własne oczy zobaczyć kijowski Majdan oraz Czarnobyl, cofnąć się w czasie do nadal autorytarnej Białorusi, podziwiać ojczyznę Adama Mickiewicza - Litwę, zobaczyć jak żyje się w mało nam znanej Łotwie i Estonii, a także przeprawić się promem i dotknąć ziemi skandynawskiej w Helsinkach.
W naszej ekipie nastąpiły małe zmiany. Meksyk (Piotrek) i Biadolin (Dominik) z przyczyn osobistych niestety nie będą mogli z nami pojechać :(
Za to w naszej ekipie witamy trójkę nowych, wspaniałych ludzi: Martynę, Gosię i Grześka :). Myślę, że będzie nam się wspaniale razem podróżować.
Czeka nas sporo załatwień: wynajem busa (to już w sumie ogarnięte), wizy na Białoruś, ubezpieczenia, prom itp. Poza tym chcemy się trochę pobawić i spróbować naszych sił w szukaniu sponsora.
Zapraszamy do śledzenia naszego bloga. Będziemy was informować o postępach w przygotowaniach. A już w sierpniu zapraszamy na wspólną podróż! :)
Pozdrawiamy!!!
niedziela, 5 czerwca 2016
Jak to było rok temu - Filmik
W końcu udało się zebrać do przebrnięcia przez gigabajty danych, które wygenerowaliśmy w tamtym roku i powstał krótki filmik przedstawiający nasz wyjazd w pigułce.
Przepraszamy, ze tak późno Radek leń czyli ja nawet mimo ogromnej motywacji ze strony reszty ekipy zebrał się dopiero gdy zaczęła wisieć nad nim groźba, że nie zdąży przed następnym wyjazdem, który planujemy w sierpniu.
Motywacja była duża: gdybym zrobił filmik do końca marca to miałem dostać od każdego po 2 piwa co wliczając mnie (sam sobie też bym kupił) dawałoby już dość dużą dawkę. Gdybym jednak nie zdążył do końca marca, to do końca kwietnia wciąż mogłem dostać nagrodę - po jednym piwku. Późniejsze terminy nie były już takie zachęcające bo w maju to by było zero piw a wraz z nadejściem czerwca wychodzi na to, że ja mam kupić wszystkim po jednym. No trudno, mam nadzieję, że chociaż filmik jest średni, no albo może jako taki, bo włożyłem w niego umiarkowaną ilość czasu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











