sobota, 8 lipca 2017

Dzień 5 - Toskania

Rano obudził nas naturalny budzik - słońce, które około 7:30 wyszło zza gór i bardzo szybko wygoniło nas ze śpiworów. Zwinęliśmy karimatki i po metalowych schodach wspięliśmy się do drogi, gdzie był zaparkowany nasz bus. Zostawiliśmy manatki i poszliśmy na pobliską plażę by zażyć pierwszej kąpieli w morzu Tyrreńskim, którego obszar wyznaczają wyspy: Korsyka, Sardynia i Sycylia. Schłodzeni w stosunkowo ciepłym morzu wróciliśmy wyżej do knajpy, gdzie przy kawie i krosantach czekaliśmy na prysznic i przygotowywaliśmy plan na nadchodzące dni.

Tunel

Odświeżeni i w super humorach wsiedliśmy do busa i pojechaliśmy dalej, tzn włączyliśmy kierunkowskaz i czekaliśmy aż zaświeci się zielone światło na wjeździe do tunelu i ktoś nas wpuści. Po wjeździe do tunelu zrozumieliśmy dlaczego jest ruch wahadłowy. Tunel miał kilka kilometrów, był bardzo wąski i nie minęłyby się tu 2 samochody, a nawet jeden ledwo się mieścił. Co jakiś czas w tunelu było tunelowe skrzyżowanie, które odbijało na jakiś kemping albo plażę.


Greve in Chianti

Po serii tuneli odbiliśmy w głąb lądu i znaleźliśmy się na pagórkowatym terenie, gdzie z krętej drogi podziwialiśmy niekończące się plantacje winorośli i oliwek. Byliśmy w Toskani. Jako pierwszy cel ustaliliśmy sobie zjedzenie czegoś dobrego i włoskiego w restauracji, w której nie używa się mikrofalówki. Skierowaliśmy się do miejscowości Greve in Chianti, bez błądzenia kierując się do znalezionej przez Martę i polecanej przez Google restauracji La Cantina.

Obiad

Pan w restauracji powitał nas lokalnym prosecco, na którego butelkach widniała jego twarz. Usiedliśmy i wybraliśmy dania. Ku uciesze Karoliny, karta zacierała też sekcję z bezglutenowymi daniami i piwami. Zamówiliśmy makarony, risotta i kilka pizz, w tym jedna "no glut". Było bardzo smacznie i sycie. Po wcześniejszym mikrofalówkowym koszmarze było to wręcz niewyobrażalne.

Niektórzy nie podołali swoim porcjom więc zrezygnowaliśmy z deseru. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy przy karafce białego zimnego wina. Pan właściciel stwierdził, że i tak da nam deser i przyniósł 3 talerze ze słodkimi przekąskami oraz jedną porcję z wolną od glutenu panną cottą. Na odchodne dostaliśmy po kieliszku jakiejś nalewki, jakby likieru tylko mniej słodkiego i bardziej owocowego. Zapłaciliśmy i podziękowaliśmy, a nonszalancki właściciel przybił nam żółwika i zachęcił nas abyśmy jeszcze kiedyś tu wrócili.



Gdy już najedliśmy się ponad miarę następnym celem było wypróbowanie tutejszych win. Przejeżdżając przez wioski widać było dużo drogowskazów do miejsc, w których można tego dokonać. Podjechaliśmy do jednej z winnic i tam skierowano nas do lokalu gdzie czekało już na nas wino.



Wina, wina dajcie

Dostaliśmy kieliszki i nasze kubki smakowe zaczęły podróż przez kolejne trunki z środkowowłoskiej odmiany winorośli sangiovesee z regionu Chianti. Od takich, które robi się z nieselekcjonowanych winogron i przechowuje się w metalowych kadziach, do takich, które muszą spędzić nawet 30 miesięcy w dębowych beczkach a robione są ze ściśle wyselekcjonowanych winogron, które są mniejsze i twardsze ale za to lepszej jakości. Wszystkie odmiany były winami czerwonymi, ale posmakowały nawet tym z nas, którzy preferują białe. Na koniec polano nam również lokalnej oliwy. Testowanie było darmowe, ale po skosztowaniu zrobiliśmy małe zakupy, które będą podróżowały z nami już do końca tripa.


San Gimigiano

Po kilku godzinach dogadzania kubkom smakowym ruszyliśmy w kierunku San Gimigiano - historycznego miasteczka określanego mianem "średniowiecznego Manhattanu". Większość niewielkich miast, które odwiedzamy ma podobny charakter - średniowieczne kamieniczki, dużo kamienia, wąskie ulice - wszystko aż prosi się, aby nakręcić tu nowego Bonda.



Wieczorne zwiedzanie

San Gimigiano również nie zawodzi - miasto swoją nazwę zyskało dzięki wielu wysokim, prostopadłościennym wieżom wyrastającym spomiędzy kamienic - najwyższa ma 52 metry wysokości. W przeszłości było ich 72 i służyły one celom obronnym, równocześnie pokazując bogactwo poszczególnych rodzin. Dzisiaj pozostało ich 14. Dodatkowo polecamy zobaczyć Piazza Duomo oraz Piazza della Cisterna, wokół którego znajdują się restauracje oraz świetne cukiernie z przepysznymi lodami. Warto zobaczyć również pięć bram prowadzących do miasta. Wszystko co znajduje się za murami miasta jest wpisane na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Między jedną budowlą a drugą zainteresowała nas również ciemnowłosa Włoszka siedząca na murku. A raczej jej imponujące, idealnie przyczesane kilkucentymetrowe włosy na nogach. Tak dla równowagi.








Zmierzch

Ogromnym atutem zwiedzania było to, że przyjechaliśmy tam wieczorem i pogoda zaczęła się robić znośna. Z dnia na dzień stawało się co raz cieplej - pakując się do busa rano byliśmy już spoceni i środkową część dnia staraliśmy się spędzać w aucie. Tego dnia dla odmiany skończyliśmy zwiedzanie chwilę po zachodzie słońca, kolejną godzinę spędziliśmy na szukaniu polanek do spania a na koniec uciekaliśmy przed ogromnym kombajnem tyłując po jakichś wertepach. Na koniec udało nam się znaleźć fajną polankę koło snopków słomy, gdzie siedliśmy przy kubeczkach z miętą i herbatą, starając się wspomóc trochę trawienie pamiętnej pizzy. Chwilę później wskoczyliśmy do namiotów i poszliśmy spać. To był bardzo smaczny dzień.

piątek, 7 lipca 2017

Dzień 4 - pierwsza noc przy szumie fal

Po pożywnym posiłku z maka i po porannej toalecie pokierowaliśmy się w stronę Portofino. Początkowo autostradą a potem krętymi przymorskimi dróżkami zbliżaliśmy się do najekskluzywniejszego miasteczka riwiery włoskiej. W kolejnych zatoczkach stało coraz więcej jachtów a na górskich zboczach widać było dużo pięknych wilii. Z przewodnika dowiedzieliśmy się, że "Portofino jest symbolem luksusu i prestiżu, bez większego trudu można tam spotkać gwiazdy filmowe z całego świata, znanych piosenkarzy, ludzi biznesu i elitę towarzyską z całej europy." Trudno było sobie wyobrazić miejsce mniej odpowiednie dla nas.

Podróż MPK

W końcu po 20 minutach mijania się z innymi samochodami na wąskiej Via Roma dojechaliśmy do naszego celu - Piazetty w Portofno, gdzie chcieliśmy zaparkować Skurwella. Niestety pan policjant powiedział, że ten parking jest dla nas za mały i musimy wrócić do poprzedniej miejscowości. Po ok 10 minutach znaleźliśmy parking na którym mogliśmy stać ale tylko do 20tej. No i dobrze, nie chcieliśmy spędzić tam zbyt wiele czasu, bo postój kosztował prawie 5euro za godzinę.  Następnie musieliśmy się przetransportować lokalnym autobusem za kolejne 5euro (w obie strony) do centrum. Droga jest tu bardzo wąska więc przy okazji mogliśmy docenić umiejętności kierowcy, który straszył nas głośnym trąbieniem przed każdym większym zakrętem, czyli właściwie co chwilę.


Uroki włoskiej riwiery

W końcu wysiedliśmy w Portofino i skierowaliśmy się w stronę morza. Przed nami wyłoniła się przepiękna zatoka nad którą stały pastelowe kamieniczki. Na otaczających wzgórzach stały przepiękne wille, wokół których z daleka mogliśmy podziwiać piękne, zielone ogrody. Przestaliśmy się dziwić "burżujskości" tego miejsca - naprawdę zapierało dech w piersiach.




Przy wybrzeżu naszą uwagę zwróciły trzy potężne jachty - w głowach planowaliśmy, który z nich kupimy, kiedy uda nam się zdobyć zdolność kredytową. Po krótkim spacerze wdrapaliśmy się na wzgórze, na którym stał malutki kościółek. Udaliśmy się w stronę zamku, z którego z daleka dochodziło głośne "despasito". Po dotarciu do celu od polskiej turystki dowiedzieliśmy się, że w środku jest wesele a wydanie 5ciu euro za wejście na taras widokowy to najgorzej wydane pieniądze w jej życiu. Obejrzeliśmy wszystko co się dało i miejscowym pekaesem wróciliśmy pod busa.




Długo wyczekiwane morze

Tego dnia postanowiliśmy nie popełnić błędu i wcześniej udaliśmy się na poszukiwanie marketu i noclegu. Zrobiliśmy zakupy i pojechaliśmy już w stronę Toskanii. Jechaliśmy piękną krętą uliczką przy morzu, aż zobaczyliśmy, że przed jednym z tuneli, przez które prowadziła droga stał korek. Ludzie stali obok samochodów - okazało się, że jest tu ruch wahadłowy z około 20minutowym cyklem. Wyszliśmy z busa i zobaczyliśmy, że na dole jest plaża i coś jakby molo (a w zasadzie sztucznie zrobiony cypelek, który łączy mini wysepkę z lądem). Uznaliśmy, że to przeznaczenie i że tutaj zostajemy. Opuściliśmy korek, tzn przeparkowalśmy się półtora metra w bok, wyciągnęliśmy akcesoria do gotowania i zeszliśmy na dół na kamienistą plaże.




Wrzuciliśmy kilka butelek wina do wody aby się chłodziły i zaczęliśmy przygotowywać paszę. Cieszyliśmy się na myśl o posiłku, który w swoim życiu nie zaznał mikrofalówki. Gotowanie na wielkich, okrągłych kamieniach było wyzwaniem, ale po około 30 minutach pyszna pasza była już gotowa. A wino było tak samo ciepłe jak wtedy, gdy je wkładaliśmy do morza.

Chwila wolnego

Zjedliśmy, wypiliśmy wino, umyliśmy patelkę, zebraliśmy kuchenkę i wróciliśmy na górę do Skurwella, stojącego obok wiecznego korku do tunelu. Przepakowaliśmy manatki tak, aby potem móc łatwo wyciągnąć rzeczy do spania i poszliśmy do przyplażowej knajpki na piwko i pierwszą pizze we Włoszech. Pomimo, że byliśmy najedzeni paszą, wzięliśmy 2 pizze na 9 osób - chodziło o samo doświadczenie. Było bardzo przyjemnie, ale mieliśmy zapas wina z supermarketu (po wcześniejszym dniu bez zakupów byliśmy wyjątkowo dobrze zaopatrzeni), więc przenieśliśmy się na plażę, gdzie słuchając fal rozbijających się o brzeg siedzieliśmy do późnego wieczoru. Radek w międzyczasie robił piękne ujęcia w świetle księżyca.



Gdy wina było nam już dość poszliśmy do busa po karimatki i śpiworki i poszliśmy na wypatrzone wcześniej molo. Wejście tam nie było takie proste. Trzeba było ściągnąć buty, przejść po kamieniach przez wodę i wdrapać się na betonowe podwyższenie.Gdy już wszyscy się wdrapali, rozłożyliśmy legowiska i błyskawicznie zasnęliśmy, ukołysani szumem morza.


czwartek, 6 lipca 2017

Dzień 3 - Dźwięk mikrofali w mieście kucharzy

Trzeciego dnia budzi nas słonko, które w 10 minut zmienia nasze namioty w saunę. Zbieramy się sprawnie, podekscytowani pierwszą porządną kąpielą, tym bardziej, że upały robią się coraz dotkliwsze i potrzebujemy prysznica.


Jezioro Garda

Kierujemy się nad jezioro Garda, położone w otoczeniu majestatycznych Dolomitów. To największe i najbardziej znane jezioro we Włoszech. Przebiega tu granica między trzema włoskimi regionami: Trydentem, Lombardią i Wenecją Julijską. Parkujemy w typowo kurortowym miasteczku i biegniemy nad wodę.


Chwile sielanki

Omijając opalającą się rodzinkę łabędzi wskakujemy do wody. Kąpiemy się, następnie otwieramy upolowane wcześniej wina i opalamy nasze blade lica (dokładnie w tej kolejności, bez obaw mamo). Pod koniec plażowania Grzesiek wrzuca Gośkę do wody, co kończy się tragicznie dla jej nakrycia głowy. Przez następnych kilka dni będziemy wspominać tę sytuację patrząc na opadające smutno na oczy pogięte rondo kapelusza.




Idziemy później pograć w siatkówkę i do granic możliwości wykorzystać sytuację biorąc porządne prysznice. Robimy się głodni, ale nasze przedsiębiorcze charaktery każą nam poszukać tańszego lokalu poza kurortem. Z lekkimi poparzeniami słonecznymi zbieramy się więc do Skurwella licząc na jedzenie gdzieś po drodze. Ruszamy w kierunku jeziora Orta.

Pierwsze burczenie w brzuchu

Po drodze nie znajdujemy jednak jedzenia - zapomnieliśmy, że we Włoszech wszystko jest pozamykane od 13 do 19, czyli wtedy, kiedy jesteśmy zazwyczaj najbardziej głodni. Naszą nadzieję na wyżerkę podsyca Grzegorz, który twierdzi, że miasto, do którego jedziemy jest mekką kucharzy i kelnerów - cytując przewodnik - "5 kilometrów dalej znajduje się bardzo ceniona szkoła hotelarska i muzeum dokumentujące powstanie i rozwój zawodu kucharza. Historia mówi, że jest to "dom" tych zawodów i to właśnie stąd od minimum 4 wieków wychodzą najbardziej cenieni w świecie kucharze i kelnarzy. Taki rodzaj pracy to ich ogromna pasja i powód do dumy dla całej rodziny".

Wchodzimy więc do miasteczka wściekle głodni. Z daleka rzuca nam się w oczy położona lekko na uboczu mała knajpka z kolorowymi obrusami. Wygląda jak jedno z tych swojskich miejsc, w którym mogą jeść lokalni mieszkańcy. Zamawiamy lasagnę, spaghetti albo risotto.


Koszmar Magdy Gessler

Pierwszym zwiastunem tragedii była kelnerka, która stwierdziła, że są tylko 2 porcje risotto i musimy zamówić coś innego. "Ale że co? To oni odgrzewają risotto?" - zastanawiamy się lekko zmieszani, ale brniemy dalej.  Sytuacja powtarza sie jeszcze ze dwa razy. Zaczynamy domyślać się, że nie był to najlepszy wybór, ale jest już za późno, bo na stół zaczynają docierać pierwsze dania - żółte risotto wyglądające jak jajecznica i lekko oklapnięta lasagna. Gdy miny jedzących nie wyrażają zachwytu poznajemy powód całego zamieszania - słyszymy dochodzący z kuchni charaktetystyczne "bing!", które wydają mikrofalówki.

Nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje dostajemy resztę dań. Płaczemy ze śmiechu i smutku jednocześnie. Michała lasagna jest gorąca z zewnątrz i lodowata w środku - pani słysząc skargę leci opieprzać swojego syna, że źle nastawił mikrofalówkę. Po chwili pojawia się nowa porcja - tym razem bezbłędnie odgrzana.

Słowa nie wyrażą jak bardzo bolało zderzenie naszych oczekiwań z rzeczywistością. Dojadamy, w międzyczasie odstraszamy kilku Niemców, którzy chcieli pójść za naszym przykładem, płacimy zostawiając zerowy napiwek i idziemy w miasto. Po jakichś 5ciu minutach zaczynamy zauważać prawdziwe restauracje i szczęśliwych ludzi w nich siedzących. Odwracamy się jednak w drugą stronę i idziemy oglądać zabytki.


Tajemnicza wyspa

Chociaż pod tym względem Orta San Giulio nas nie zawodzi. Miasteczko jest śliczne, nie jest tak obłożone turystami i ma przepiękny widok na bajeczną wysepkę zabudowaną kolorowymi kamieniczkami i kościołami. Spacer w tak malowniczych okolicznościach trochę koi nasz smutek.






W poszukiwaniu wina

Dalszą część wieczoru spędzamy w aucie, szukając supermarketu. Tu też życie nas nie rozpieszcza - najpierw w pola wywodzi nas nawigacja, później spóźniamy się do Lidla. Nie mając chleba ani wina jesteśmy zmuszeni szukać miejsca do spania.

Obozowisko

Koło 23:00 znajdujemy ładną odludną polankę koło lasu. Zalewamy zupki chińskie, dopijamy jedno wino na 9 osób i gramy chwilę w czółko (taka gra polegająca na nuceniu i zgadywaniu piosenek). Dość wcześnie kładziemy się spać.

O poranku znowu budzi nas słońce. W trakcie zbierania namiotów zaczynają się zlatywać jakieś dziwne szerszenio-bąki i interesować naszym obozowiskiem, więc pakowanie idzie szybko. Wypoczęci, ze świeżym zapasem nadziei ruszamy na śniadanie w kierunku cywilizacji, czyli pobliskiego McDonalda.




środa, 5 lipca 2017

Dzień 2 - Po ciepłej stronie Alp

Gdy rano z poczuciem nieszczęścia i niesprawiedliwości losu wyszliśmy na deszcz mieliśmy w planie postój na porządne śniadanie i toaletę. Nikt wtedy nie wiedział, że ten moment nastąpi dopiero za kilka godzin, śniadanie zmieni się w obiad a część z nas będzie chodziła w piżamach do końca dnia. Za każdym razem, kiedy znajdowaliśmy znośne miejsce na postój - zaczynało kropić. Mieliśmy dość Austrii i wymęczeni dojechaliśmy aż do Włoch.


Granice austriacko-włoską przekroczyliśmy na wysokości  2509 m n.p.m. Za pierwszą atrakcje obraliśmy sobie malowniczą trasę przez alpy- SSS44 BIS - Timmelsjoch Hochalpenstraße. Przejechaliśmy przez nią z zapartym tchem, podziwiając masywne, gdzieniegdzie jeszcze ośnieżone szczyty. W robieniu zdjęć przeszkadzał nam nieprzyjemny wiatr i opadająca mgła, wiec wyskakiwaliśmy tylko na szybką foteczkę i zmarznięci szybko uciekaliśmy z powrotem do busa. Na szczęście im niżej, tym pogoda stawała się coraz lepsza. 



Słoneczna Italia

Przekonaliśmy się na własnej, wymarzniętej skórze, że nie bez powodu Włochy określa się mianem słonecznych. Gdy tylko przekroczyliśmy granicę i wyjechaliśmy trochę z terenów górzystych przywitało nas piękne słońce i ciepełko.




Zmęczeni jazdą i śmieciowym jedzeniem zapragnęliśmy prawdziwego obiadu-paszy. Niestety napotkaliśmy kolejny problem: we Włoszech w niedziele wszystkie sklepy i stacje są zamknięte.  Na szczęście po kilku godzinach udało nam się kupić burżujską kiełbasę. Kolejną godzinę zajęły poszukiwania miejsca odpowiedniego na małe biwakowanie. Po przejechaniu kilku zapchanych autostradowych parkingów znaleźliśmy kawałek trawniczka gdzie rozłożyliśmy cały majdan. Karolina przyrządziła wyśmienitą tradycyjną tripową paszę - kasza, warzywka i kiełbaska. Odpoczęliśmy, wysuszyliśmy namioty i ruszyliśmy dalej w stronę Werony.



Werona

Początkowo planowana na końcówkę tripa Werona stała się pierwszym Włoskim miastem jakie odwiedziliśmy. Dojechaliśmy tam samym wieczorem, więc temperatura była idealna na spacer. Do Werony przyciągnęła nas przede wszystkim romantyczna historia Romea i Julii, więc wyruszaliśmy w poszukiwania legendarnego domu. Po drodze mogliśmy zobaczyć Piazza Bra - plac, nad którym góruje jeden z symboli miasta - imponująca Arena, rzymski amfiteatr. Rozglądając się dokoła prawie niezauważenie minęliśmy nasz cel czyli dom Julii. Obiekt okazał się małą kamieniczką. Wejście na jej dziedziniec, gdzie znajduje się słynny balkon niestety było już zamknięte. W tym momencie marzenia niektórych prysły, gdyż na dziedzińcu oprócz balkonu znajduje się także pomnik Julii. Jak głosi legenda, każdy kto dotknie piersi Juli będzie miał szczęście w miłości.




Zachód słońca w Weronie (a my jeszcze nie mamy noclegu!)

Następnie pospacerowaliśmy po Piazza della Erbe, podeszliśmy pod wieżę Torre dei Lamberti - 84-metrową budowlę, z której podobno rozpościera się piękny widok na Weronę i Alpy. Na koniec wybraliśmy się zobaczyć zamek Castelvecchio. Skupiliśmy się na oglądaniu i fotografowaniu niesamowitego zachodu słońca: całość potęgował fakt, iż zamek znajdował się nad rzeką, a z murowanego mostu w zachodzącym słońcu widać było miejską Katedrę Duomo i Alpy. Szczęśliwi z powodu naszych pierwszych podbojów wróciliśmy do busa i ruszyliśmy w poszukiwaniu spania.




Jak najbliżej wody

Werona znajduje się bardzo blisko jeziora Garda, w którym mieliśmy zamiar pokąpać się następnego dnia, więc szukając noclegu pojechaliśmy w jego stronę. Szukanie noclegu po raz kolejny nie było proste. Wspominając sytuacje z pierwszego tripa na myśl przyszedł nam nocleg na plaży lub jakimś molo. Niestety wybrzeże zdecydowanie nie nadawało się nawet na spanie pod gołym niebem. 

A muożna tu spać?

W pewnym momencie Grzesiek przypomniał sobie, że słyszał o grupie podróżników, która po prostu zapytała w przydrożnym hotelu o możliwość spania na ich trawniku i dostała gratis śniadanie. Na początku oprócz Grześka nikt nie palił się do zagajania w hotelowych recepcjach. Po chwili namysłu swoją chęć wyraziła także Pati, więc zajechaliśmy się rozglądać za jakimś hotelem, jednak nic nie spełniło naszych wysokich standardów. 

Wyjechaliśmy z miasta i wjechaliśmy w... krzaki. Skręciliśmy w jedną z małych dróżek wiodącą w pola winorośli. Rozglądaliśmy się, eksplorowaliśmy teren, jednak nic ciekawego nie było, aż tu nagle przejeżdżając przez wąski tunel dojechaliśmy do dużego gospodarstwa rolnego. Pierwsze ukazały się nam stosy siana (czy cholera wie co to było), poczuliśmy niemiły zapach - ewidentnie wjechaliśmy komuś na podwórko. Po paru minutach znaleźliśmy się na parkingu. 

I have a stupid question...

Opisane gospodarstwo okazało się miejscem, w którym robione były sery i hodowano owce i krowy. Znajdowała się tam również restauracja. Podtrzymując pomysł Grześka, postanowiliśmy się spytać czy możemy się rozbić na ich parkingu. Pati i Grzesiek poszli wiec na misję, okazało się, że w ogóle co to za głupie pytanie - pewnie, że możemy, byleby za ogrodzeniem! Tym sposobem na tę noc zamieszkaliśmy na uroczym trawniczku.

Wiedząc, że gospodarze wyrazili zgodę na nasze obozowisko mogliśmy spokojnie zająć się jedzeniem i spożywaniem zapasów alkoholowych przywiezionych z Polski. Przy tych ilościach była to raczej degustacja, jednak w sam raz na kulturalną dyskusję światopoglądową. Przy wciąż unoszącym się aromacie pobliskiej stodoły poszliśmy spać, myślami będąc już na plaży, która miała czekać nas jutro.

wtorek, 4 lipca 2017

Dzień 1 - Was machen Sie hier?

Trip po raz trzeci!

Zaczynamy leniwie naszą relację. Biorąc pod uwagę, że pierwsze dwie doby spędziliśmy głównie w busie to opiszemy je krótko - nie ma sensu robić wielkiego wpisu o tym, że jedziemy, potem jemy kaszę a potem znowu jedziemy. Chociaż w przerwach od jazdy, spania, jedzenia i picia piwa znaleźliśmy chwilę, żeby  zostać wygonionym przez policję i przemoczyć namioty. Ale zacznijmy od początku.

Obiecujący poranek

Wstaliśmy w Świebo po małym inauguracyjnym grillu. Pełna mobilizacja z samego rana - punkt 9:30 spakowani, umyci i gotowi do drogi czekamy na Piotrasa i Grześka, którzy mieli odebrać nowego Skurwella. Dostajemy telefon, że Skurwello jest jeszcze w innej trasie. I że nie jest taki nowy jak nam się wydawało.

Półtorej godziny później obserwujemy jakiegoś dziwnego białego busa na naszym podwórku. Niby w kształcie klasycznego Skurwella ale starszego, brudnego, z odpadającymi elementami, nawet bez kołpaków. Plus jest taki, że według Mieleckich danych statystycznych 90% nowych aut zostaje we Włoszech skradzionych, więc chociaż ten problem nas ominie.



W końcu w drogę

Pakowanie idzie zaskakująco sprawnie. Okazuje się, że brak rzutek i longboarda zaoszczędził nam mnóstwo miejsca. Albo po prostu jesteśmy już tak doświadczeni w temacie. Koło 11 żegnani przez mamy opuszczamy Świebodzin.

Opis środkowej części dnia możemy sobie darować - czeskie i austriackie autostrady nie są bogate w przygody. Jedyne o czym warto wspomnieć to, to że winietki najlepiej kupować w kraju, w którym się ich używa, tzn czeską w Czechach, austryjacką w Austrii. W ten sposób zamiast płacić około 100zł w Polsce, płacimy jakieś 18euro w czechach. Jedyny minus, to to że resztę wydali nam w koronach czeskich (płaciliśmy w euro). Na nic nam te korony więc kupiliśmy za nie wspólne dwulitrowe piwko - nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.

Kto nas przygarnie?

W końcu po długich godzinach dojeżdżamy do Traunsee, jeziora, które na mapie wyglądało jakby się nadawało na pierwszy nocleg. Piękne jezioro otoczone górami, niestety bez miejsca na namioty (a zanosiło się na chłodną noc z ewentualnym deszczem). Jedziemy dalej, wzdłuż rzeki, ciągle nic, znajdujemy w końcu na bocznej bocznej dróżce idealne miejsce. Ładna trawka elegancko schowana za krzakami, w oddali widać jakiś budynek, ale raczej wygląda jak dom letniskowy, w którym dawno nikogo nie było. Rozbijamy namioty, jemy kanapki i tworzymy kolejkę do wrzątku na zupki.



Was machen Sie hier?

W tym momencie podjeżdża na nasz kemping policja z reflektorem na dachu. Tłumaczymy im, że nie znaleźliśmy miejsca na nocleg i jesteśmy zbyt zmęczeni żeby dalej jechać. Panowie policjanci tłumaczą nam, że to nie jest camping tylko private property i wskazują nam parking 5km dalej, na którym możemy się zatrzymać żeby odpocząć. Ok - zbijamy namioty, dojadamy zupki i jedziemy na ten parking. Parking okazuje się klapą i stwierdzamy, że szukanie noclegu w Austrii to straszna porażka i jedziemy spróbować do Niemiec.

Gdzie te upały?

W Niemczech idzie dużo łatwiej i rozbijamy się przy trasie biegowej dla narciarzy na jakimś polu na górce koło lasku. Jest już około drugiej w nocy więc od razu idziemy spać. Miejsce świetnie nadaje się na dłuższe posiedzenie przy śniadaniu, są tu ławeczki, ładne widoczki, nikt tędy nie chodzi i jest ogólnie bardzo przytulnie. Niestety rano zamiast widoczków wita nas deszcz tłukący się o tropiki namiotów. Po pierwszym przebudzeniu stwierdzamy, że śpimy jeszcze godzinę i może przestanie padać to się zbierzemy. Po godzinie stwierdzamy, że pogoda dalej nie jest ok i próbujemy jeszcze 30min. Po 30min stwierdzamy, że dalsze czekanie nie ma sensu, zaciskamy zęby i zbieramy namioty w deszczu i w krótkich spodenkach.