czwartek, 6 września 2018

Dzień 4 - Pierwszy off-road i pierwsza biesiada


Kroniki Piotrasa

Moją kronikę zaczynam od zmiany stylu. Po ostatnim poście dostałem żółtą kartkę za niecenzuralny język (Pati uświadomiła mi że naszego bloga czytają też osoby które nie lubią brzydkich słów (na przykład Babcia Krystyna, która jest Babcią Pati i Michała (Pozdrowienia dla Babci Krystyny! Dużo zdrówka!))). Jeśli dostałbym drugą żółtą to z automatu poszłaby czerwona i musiałbym robić dziesięć pompek a nie chce robić dziesięciu pompek. Od teraz będę kulturalnym Piotrasem i będe pisał językiem dla sfer wyższych.

Jezioro Śmiechu

O godzinie 8:02 zostaliśmy obudzeni przez Hemana i Szkieletora. Niektórzy zaczęli się myć w rzece, inni jedli, jeszcze inni nie jedli i pakowali auta. Ogólny chaos powoli przerodził się w ogólny porządek dzięki wspólnej ciężkiej pracy. Widoki z rana były takie, że w którą stronę się nie odwróciło to się chciało zrobić zdjęcie w każdą stronę (coś pomieszałem ale zostawiam).




Spostrzegawczy czytelnik mógłby spytać czemu podtytuł to "Jezioro Śmiechu". Odpowiem, jako że jestem człowiekiem kulturalnym. Podtytuł został wymyślony w ten sposób żeby było śmiesznie.

A, i jeszcze sobie przypomniałem że w nocy trzy psy biegały w kółko namiotów i się gryzły (prawdopodobnie psy pasterskie wnioskując z rozmiarów i charakteru). Rano po pobudce zaprzyjaźniłem się z nimi i razem z nami zjadły śniadanie. Psy zostały ochrzczonę imionami: Średni, Duży i Brzydki.

Świnie kupojady

Ruszyliśmy naszymi terenóweczkami w stronę Kazbegi, ale nie jest to ciekawa informacja. Ciekawszą informacją jest to, że po drodzę spotkaliśmy krowę, która zrobiła kupę. Po tym jak krowa zrobiła kupę przybiegło stadko małych świnek i ze smakiem wcięły kupę pochrumkując i oblizując się (język arystokracji).

Dziwne rzeki

Po drodzę zatrzymaliśmy się na mini-przystanek żeby zobaczyć jak rzeka Aragwi wpada do rzeki Czarna Aragwi. Było spoko bo każda z rzek miała inny kolor co tworzyło spoko efekt.

Pomnik Przyjaźni Rusinów i Gruzjanów

W tym miejscu warto wspomnieć o drodze zwanej Drogą Wojenną. Widoki były takie, że ojej. Z jednej górka, z drugiej wąwozik a z trzeciej jakieś inne cuda na kiju. Było na co popatrzeć. Jedynym problemem tej drogi była ilość tirów, które przeciskały się przez wąskie serpentyny pod górę. Weseli gruzini co chwila wyprzedzali nas na trzeciego tudzież czwartego, wesoło potrąbując. Po jakimś czasie dotarliśmy pod pomnik, gdzie znajdowały się również stragany pełne dóbr. Kupiliśmy se z Michałem śmieszne czapki xD. A Grzesiek to w ogóle wygrał bo se kupił takiego dziwnego długiego cukierka o fallicznych kształtach, śmiechu było co nie miara.









Tracenie Off-Road'owego dziewictwa i inba u Azara

Po sesji zdjęciowej koło pomnika skierowaliśmy się w stronę Doliny Truso. Zjechaliśmy z dróg asfaltowych i obraliśmy kierunek na góry. Nasze małe Pajerka kierowane przez dzielnych kierowców Piotrasa i Radasa sprawnie połykały kolejne metry kamienistej trasy. Droga wyglądała dość strasznie i niektórzy zamykali oczy (na przykład Karolina :DDDD), ale jakoś daliśmy radę.




Ogólnie mieliśmy chyba jechać do jakiegoś miasteczka czy wioski, ale po drodze w bardzo urokliwym zakątku trafiliśmy na parę namiotów i obozowisko Azerów. Naszym tłumaczem głównym była Karolina ale każdy radził sobie językiem migowym.



Ogólnie spotkanie z Azerami było bardzo interesującym doświadczeniem bo prezentowali zupełnie inny styl życia. Mężczyźni siedli z nami do stołu i kierowali imprezą wymyślając kreatywne toasty. Kobiety krzątały się po izbie i podawały jedzenie nie siadając z nami do stołu. Dzieci kręciły się w okolicy namiotu i wielkimi oczami patrzyły na egzotycznych przybyszów. Dogadaliśmy się z Panem Wodzirejem na małą ucztę. Najpierw na stół wjechały wino i koniak razem z chlebkiem, po chwili dołączyły ryż i jakieś inne dziwne rzeczy (o, i słony ser).

Oczami Karoliny: małe wtrącenie

Tu przeżyliśmy niezłe zderzenie kulturowe. Dziewczyny wracając z wychodka były świadkami, jak pięcioletni chłopiec wziął dwie kury, i wesoło uciął im na pieńku głowy. Następnie Azerska mama przyniosła te kury w misce, oblała je wrzątkiem, przez co w izbie uniósł się charakterystyczny aromat. Przy nas wyrwała kurkom pióra, pan domu obsmarował ją przyprawami i wsadził do pieca. 20 minut później pyszne ekologiczne kury wylądowały na naszym stole.



Kronika Piotrasa - ciąg dalszy

Toasty zaczęły przyspieszać, na stole pojawiło się radyjko i zaczęliśmy tańczyć i śpiewać z podchmielonymi Azerami. Ale było grubo. Po chlaniu wróciliśmy na trasę i [pojechaliśmy tą samą terenową dróżką. Szło sprawnie.



Wietrzny Klasztor pod Kazbegiem

Po offroadowej przygodzie nadszedł czas na szybkie ogarnięcie miejscówki na nocleg. Wdrapaliśmy się autkami na jakąś górkę na której stał cudowny klasztor (więcej o nim jutro). Obóz rozbiliśmy 150 metrów od Świątyni, a z obozu mieliśmy widok na górę Kazbeg. Widok był taki że Michał się prawie posikał. Obóz powstał bardzo sprawnie, chociaż szalejący wiatr nie ułatwiał nam roboty. Znaleźliśmy się na wysokości ponad 2000m n.p.m.  Na imprezkę nadszedł czas i szybko znieczuliliśmy się Czaczą i Koniakiem nabytym od Człowieka-Azera. Dociekliwy czytelnik mógłby spytać czy zabawa była dobra. Była dobra że ojej.


wtorek, 4 września 2018

Dzień 3 - Tripowa machina się rozkręca

Kroniki Piotrasa: Tbilisi, 05:03

O 5 rano w naszym urokliwym hostelu pierwsi ludzie zaczęli pojawiać się w toalecie (jednej na jakieś 20 osób). Kolejka do kibla szybko zaczęła przypominać serial "Świat według Kiepskich" i moment w którym Ferdynand kłóci się z Marianem Paździochem o pierwszeństwo i papier.

Około 7 w głośniku zabrzmiał hymn poranka, czyli piosenka nagrana przez samego Hemana (pomagał mu Szkieletor). Wesoła pobudka przerodziła się w niewesołe pakowanie. Każdy coś zgubił, niektórzy telefony lub portfele a inni jedzenie lub tusz do rzęs. Pierwsze pakowanie było długie ale humor dopisywał, więc i tak było wesoło.





Oczami Karoliny: w tym samym czasie

Z racji tego, że Piotras ma słabą pamięć, uzupełnię tą część historii. Cały pakowaniowy młyn wziął się stąd, że wyobrażaliśmy sobie, że jedno z aut będzie w wersji long, a bagażnik dachowy drugiego będzie dwa razy dłuższy. Musieliśmy skompresować bagaż i pozbyć się kilku toreb. Piotrek, znany ze swojego optymizmu napisał, że "i tak było wesoło". Tak naprawdę wstaliśmy o 7, a ogarnianie i pakowanie skończyliśmy o 13-tej. Więc walka była ciężka, jednak wyszliśmy z niej zwycięsko.

W międzyczasie kupiliśmy już bilety do Baku na 12go września. Jedyny problem w tym, że pani mogła nam sprzedać bilet w jedną stronę. W drugą bilety musimy już kupić w Baku, więc może się okazać tak, że tych biletów już nie będzie. I zostaniemy w Azerbejdżanie na dzień przed lotem powrotnym. Ale to nie problem na dziś.

Plus latania po mieście i załatwiania rzeczy jest taki, że porządnie obejrzeliśmy sobie miasto z różnych stron, i faktycznie jest ono fascynujące. Tbilisi to mieszanka zielonych gór, bardzo współczesnej architektury z ilością modernizmu i wielkiej płyty jakiej nie widzieliśmy nigdzie indziej, wszystko poprzetykane zielenią. Oddaję głos Piotrasowi.

Kroniki Piotrasa

Po ogarce uruchomiliśmy nasze dwulitrowe bestie i ruszyliśmy w trasę. Co do autek - spisywały się perfekcyjnie. Niby małe, a wariaty. Nasze Pajero z charakteru przypominały Adama Małysza i Mariusza Pudzianowskiego - łączyły najlepsze Polskie cechy.



Los skierował nas w stroną klasztoru. Klasztor był prawosławny, tak jak cała Gruzja. Elementem ciekawym byli Popowie z długimi brodami i szalonym wzrokiem. Mimo ponurych kształtów klasztor tętnił życiem dzięki obrzędom prowadzonym przez wspomnianych kapłanów. Niektórzy w Świątyni brali Ślub, inni byli topieni w wielkiej bani przez brodaczy, mimo że są na tym świecie od paru tygodni (niektórzy nazywają to chrztem), a jeszcze inni zapalili świece i chodzili w kółko do rytmu piosenki nuconej przez Szefa Popów.







A gdzie właściwie byliśmy? (dopiski Karoliny)

Klasztor, który opisywał Piotras to Katedra Sweti Cchoweli.

Kolejnym klasztorem, który widzieliśmy był Monastir Dżwari. On dla odmiany miał elementy ruiny, i cały w swoim charakterze był bardzo surowy. Zrobiliśmy sobie pod nim sesję zdjęciową, uruchomiliśmy drona, wzbudzając ogólną sensację.






Ostatnia na warsztat poszła Twierdza Ananuri. Sama twierdza była ciekawa, jednak nie mniej interesujące były owce i świniaki pasące się obok, które Pioras w 3 minuty udomowił. Za twierdzą oczom naszym ukazał się zjazd nad urokliwy zalew, gdzie oczywiście zjechaliśmy. Zaparkowaliśmy koło kilku rusków, wśród stada dzikich psów, rozbiliśmy pierwszy obóz i rozpaliliśmy ognisko. Spędziliśmy wieczór patrząc w gwiazdy i grzejąc się przy ogniu.











Dzień 2 - Już w komplecie


Kroniki Piotrasa: Kraków, godzina 03:30

Mielec pił wino rano o 3 rano!!! Ja nie wiem, dla mnie patologia. Ja nie piłem bo jestem normalny nie to co Michał.

Lotniskowa przygoda zaczyna się jak każdy inny wylot, oddanie bagażu, kontrola kakao i inne atrakcje. Lot zaplanowany był na 5:30. Na wejściu do masziny Człowieka-Grzegorza zatrzymał Człowiek-kontroler i powiedział mu: " Pan nie poleci!", Grzegorz się przestraszył ale zaczęło być mniej strasznie jak Człowiek-kontroler mruknął " Poleci pan na innym miejscu XD". Wszyscy docenili strasznie śmieszny żart.



Kroniki Piotrasa: Kijów, godzina 09:13 

Maszinie jakoś udało się dolecieć do pięknego miasta Kijów a Panu Pilotu udało się wylądować. Jako, że lądowanie było gładkie jak telemark Kamila Stocha, oklaskom nie było końca. Następnie mieliśmy 3h przerwy, żeby posiedzieć sobie w strefie dla ludzi którzy lubią siedzieć i staraliśmy się nie kupować wódki mimo że kosztowała tylko 13 złotych. W zagrodzie dla dzieci biegały dzieci a w sklepach dla bogatych ludzi bogaci ludzie kupowali drogie rzeczy dla bogatych ludzi.



Kolejnym etapem był długodystansowy lot do Tibilisi. Człowiek Pilot gładko wystartował i po 17 minutach i 24 sekundach wszyscy poszli w kimę. Tylko Człowiek-Piotras chodził
po samolocie próbując dowiedzieć się gdzie jest Pilzno. Czemu spytacie? Ja nie wiem. Ale się domyślam.



Oczami Karoliny: Tbilisi, 15:30

Dolecieliśmy cali i zdrowi. Ukraińskie linie przeszły test połowicznie, bo stewardessy częstowały, ale tylko wodą. Wysiedliśmy przytłoczeni ilością dupo-znaczków - Gruziński alfabet nie przypomina nic co widzieliśmy wcześniej. Wśród Armeńczyków krąży legenda, że Gruzini poprosili Armeńskiego mędrca, żeby wymyślił im alfabet, on jednak nie miał takiego zamiaru. Zaczęli prosić bardziej i bardziej intensywnie, co mędrca wkurzyło tak bardzo, że przewrócił stół, na którym stał rosół. Gruzini niepocieszeni spojrzeli na rozchlapany po podłodze makaron, i z braku innej opcji stworzyli na jego podstawie swoje literki.

Wracając do tematu - pierwszą rzeczą do załatwienia był oczywiście internet (Play w Gruzji liczy sobie 4zł za 100kB). Musieliśmy zarejestrować karty, kupiliśmy pakiety rozmów i internetu. Karta z 30 minutami rozmów i 4GB intenretu kosztowała koło 23zł. Nasza łączność ze światem pozostała przywrócona.

Autobusem za 50 lari-centów (czyli ok. 75 groszy) pojechaliśmy do centrum, gdzie mieliśmy odebrać auta od znalezionej przez Facebooka Martyny (Polki, będącej przewodniczką w Gruzji). Podjechaliśmy na dworzec, z którego miała nas zgarnąć, jednak okazało się, że trochę musimy na nią poczekać w miejscu, w którym boleśnie zderzyliśmy się z Gruzińskim półświatkiem. Resztę historii dopowie Piotras, bo to jego cygańskie dzieci wzięły sobie na cel najbardziej.

Kroniki Piotrasa: Tbilisi, 17:00

Po zakupieniu paru gruzińskich buł i czegoś do picia, udaliśmy się do metra w celu pojechania metrem. Bilety kupowało się trudno więc ich nie kupiliśmy, następnie zadzwoniliśmy do Martyny, żeby przyjechała po nas bo nam ciężko i nas boli. Czekanie przez ponad 2h umilały nam cygańskie dzieci które czaiły się na nasz hajs, kręciły się wesoło zaczepiając nas i klepiąc, a ich zręczne łapki szukały banknotu tudzież monetki. Niemiłe dzieci. Zaczęły od żebrania, kończyły na klepaniu i pokazywaniu faków. I tak co 5 minut przypominały o sobie szczypnięciem lub perfidną próbą wyrwania torebki. Obok stało trzech policjantów obserwując sytuację z kamiennymi twarzami.

Po jakimś czasie Martyna zadzwoniła i oznajmiła, że jest na miejscu. Nasze piękne oczy ujrzały dwa małe i twarde autka. Nasze Pajero szybko zostały ochrzczone dumnymi imionami: Bolec i Stolec. Bagażniki niby małe, ale za to dużo palą więc nie mieliśmy pretensji.

Po wejściu w samochód ruszyliśmy w trasę w poszukiwaniu hostelu, Radasa, Kingi, przygody, szczęścia i miłości. Grzegorz i ja szybko przyzwyczailiśmy się da naszych nowych członków rodziny (autek) i szybko i sprawnie dojechaliśmy do hotelu. Przywitaliśmy arabską grupę tripową, po czym zaczęliśmy cieszyć się naszym dziesięcioosobowym apartamentem. Niektórzy poszli na miasto zajadać się gruzińskimi przysmakami popijając miejscowym winem, inni, tak jak Karolina, woleli oglądnąć na hotelowym Wifi mecz Real Madryt - Leganes. Benzema strzelił dwa gole - niebywałe.

Ogólnie mieliśmy ogarnąć bagaże, elektornikę i narzędzia ale mieliśmy to w dupie. Wino, kobiety, śpiew i liga hiszpańska były ważniejsze.



sobota, 1 września 2018

Dzień 1 - Trip na 20%

Stało się! Właśnie rozpoczął się czwarty trip naszej ekipy a przynajmniej 20% z niej. Radek i Kinga korzystając z faktu, że arabski weekend zaczyna się w piątek, postanowili jak najszybciej uciec z pustyni do zielonej Gruzji, tym samym rozpoczynając trip jednodniowym falstartem.

Na lotnisku

Wszystko poszło jak z płatka. Wymieniliśmy pieniądze na lotnisku, tutaj warto być uważnym bo kantory mają różne kursy mimo, że są jeden obok drugiego - Radas musiał wycofywać transakcję w ostatnim momencie bo dostrzegł, że obok ma lepszy kurs. Kupiliśmy karty sim z pakietem internetu - 4GB za 9 lari czyli ok 14zł oraz 32GB za 25 lujów czyli około 40zł. Po wyjściu z lotniska minęliśmy taksówkarzy oferujących nam swoje usługi i doczłapaliśmy do przystanku autobusowego. Po tym, jak potwierdziliśmy w informacji numer autobusu (to jest 37), który jedzie do centrum, załadowaliśmy się do niego i czekaliśmy na odjazd. W środku kupuje się bilet za 0.5 lari (75gr) w automacie.


Dojechaliśmy do placu Pushkin'a w centrum, z którego bez problemu doszliśmy do naszego hostelu - Taj Hostel przy ulicy Machabeli gdzie noc w pokoju 10-cio osobowym kosztuje całe 15zł.




Zakwaterowanie

W hostelu chińska turystka opowiedziała nam chinsko-migowo-dźwiękonaśladowczym językiem o swojej wycieczce po Polsce w zeszłym roku - trzeba przyznać, że te babeczki naprawdę zwiedziły nasz kraj dokładniej niż większość Polaków

Na miasto

Zostawiliśmy rzeczy i poszliśmy zasmakować gruzińskiej kuchni i wina.



Gdy już najedliśmy się do granic możliwości wróciliśmy trochę odespać lot i zebrać sił na drugą rundę.

Wieczorem poszliśmy na starówkę gdzie znów wessała nas jakaś knajpka - trzeba powiedzieć, że Tbilisi to jedno z najładniej oświetlonych miast, które wieczorem tętni życiem. Pełno tutaj ulicznych muzyków, którzy swoją muzyką robią dodatkowy klimat.



Wieczorem pojechaliśmy kolejką linową na wzgórze Sololaki gdzie znajduje się twierdza Narikala, pomnik matki Gruzji - Kartlis Deda oraz ławeczka doskonale nadająca się na wypicie winka i oglądanie miasta z góry. Wypiliśmy wcześniej kupione w rozlewni wino (jedyne 5 lari - 7.5zł za plastikową butelkę) i pokierowaliśmy się do hostelu. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na Chinkali - gruzińskie pierogi, w ogródku, do którego tak naprawdę ściągnął nas głos śpiewającej Gruzinki.






Tymczasem w Polsce.

Kiedy Radas i Kinga byli w trakcie zwiedzania Tibilisi, przedstawiciele polskiej drużyny dopiero wracali z roboty. Tak więc podczas gdy Dubajczycy upojeni pierwszym dniem w Tbilisi wracali do hostelu, reszta dopakowywała ostatnie rzeczy do walizek. Lot miał być następnego dnia o 5:30, więc szczęśliwcy przespali się z 3 godziny, reszta zarwała nockę, z nadzieją, że odeśpią w samolocie.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

To już tradycja

Można rzec, że to już tradycja… Co roku o podobnej porze, podobnym składzie w analogiczny sposób, przygotowujemy się do kolejnej przygody życia. Tym razem jest trudniej, bo los rozrzucił nas nieco po świecie, ale i to nas nie powstrzymuje i za miejsce spotkania obieramy piękne, gruzińskie Tbilisi.

To zadziwiające jak szybko umyka czas… Zaledwie kilka dni temu, Radas leniwie ukończył film z poprzedniego tripa. Każdy chyba jest mniej przygotowany niż planował, więc masowo ruszyliśmy po przewodniki do księgarni. Co prawda nadal nie jesteśmy pewni co, gdzie i w którym kierunku najpierw, ale najważniejsze postanowione: "będziemy się świetnie bawić!".

W skład ekipy wchodzi 6 super babek: Małgosia, Kinga, Karolina, Patrycja, Magdalena, Marlena, oraz 4 extra chłopów: Radas, Piotras, Grzegorz i Michał.

W Gruzji czekają na nas 2 przygarnięte autka, których jeszcze nie zdążyliśmy nazwać, ale pewne jest, że przeżyją z nami niezapomniane chwile. Czekają też pola i krzaki, by ugościć nas na noclegach oraz wspaniałe wino...

By wprowadzić się we wspaniały tripowy klimat, zapraszamy do obejrzenia filmu. My tymczasem biegniemy się pakować, więc DO ZOBACZENIA W GRUZJI!