sobota, 27 sierpnia 2016

Dzień 11 - Ryga w pigułce (s02e11)

Trochę luzu na plaży

Rano jest ładna pogoda więc chcemy złapać trochę słońca. Część z nas idzie leżeć na plaży a część gra zacięty mecz w siatkę. Po meczu wszyscy idziemy plażować, trochę leżenia, trochę pływania i odrobina biegania wzdłuż piaszczystego brzegu morza dobrze nam robią. Gdy już należycie odpoczęliśmy i leniwie spakowaliśmy się do busa powoli jedziemy do Rygi, do której mamy mniej niż godzinę drogi.



Ryga w pigułce

Dojeżdżamy do Rygi, początkowo parkujemy bardzo blisko starego miasta ale okazuje się, że ceny za parking są tu mega wysokie, więc ostatecznie Skurwella zostawiamy 400 metrów dalej gdzie jest już znośnie.




Na początku oglądamy Zamek Kawalerów Mieczowych nad Dźwiną, pierwotnie gotycki, wzniesiony w latach 1330–1353, główna siedziba zakonu w Inflantach.

Następnie idziemy wzdłuż ulicy Torna iela (nie wiem czy to iela nie oznacza po polsku ulica), aż dochodzimy do Bramy Szwedzkiej z 17 wieku. Jedynej średniowiecznej bramy, która przetrwała do naszych czasów. Takich bram było w mieści osiem.




Na końcu ulicy jest baszta w której mieści się łotewskie muzeum wojny, do którego wchodzimy za darmo.



Przechodzimy przez most nad kanałem Pilesetas, wokół którego jest park Bastejkalna i oglądamy pomnik wolności - odsłonięty w 1935 roku symbol niepodległości państwa.



W tym momencie kierujemy się już trochę z powrotem, odwiedzamy Kościół św. Piotra, który jest jednym z największych zabytków architektury starej Rygi. W kronikach pojawia się o nim wzmianka już w 1209. Niestety wstęp jest płatny więc najważniejszy kościół średniowiecznej Rygi podziwiamy tylko z zewnątrz.



Ostatnim punktem, o którym warto wspomnieć jest Dom Czarnogłowych, w którym podpisano traktat ryski, wzniesiony na początku XIV wieku i odbudowany po zniszczeniach wojennych w latach 1995-99.



Zahaczamy o sklep z pamiątkami i wracamy do Skurwella. Mamy idealny czas, zwiedzanie zajęło nam dokładnie tyle na ile kupiliśmy bilet parkingowy. Wsiadamy do busa i kierujemy się w stronę Estonii aby już tam spędzić noc.

Grill nad morzem

Znajdujemy dobre miejsce nad brzegiem morza. Z przodu mamy plażę, wszystko jest otoczone drzewami a po lewej jest jakaś kawiarnia. Na plaży są stoliki i ławeczki, z których można podziwiać zachód słońca. Niestety my zdążamy oglądnąć tylko jego końcówkę. Gdy już nie ma na co patrzeć, robimy grilla a na nim kiełbaski, grillowane warzywa i grzyby. Chłopaki pomagają w przygotowaniu jedzenia kopiąc piłkę i robiąc kapki.



Gdy zapada już zmrok, kończy się piwko a wszystko co było ugrillowane jest już zjedzone rozbijamy nasze milion gwiazdkowe hotele z widokiem na morze i idziemy spać.

Dzień 10 - Łotwa (s02e10)

Nocleg nad morzem

Budzimy się na plaży pod namiotami, w tle słychać mewy i fale. Ziewając wleczemy się do Skurwella po ręczniki i slipki a później idziemy się obudzić do morza. Zimna ale stosunkowo ciepła jak na Bałtyk woda jest doskonała na poranne zaspanie.



Śniadanie - parówki i sałatki

Umyci słoną wodą telepiąc się wracamy do Skurwella, koło którego już robi się śniadanie. Parówki z sałatką są doskonałym uzupełnieniem diety paprykarzowo konswerwowej. Pełni energii zbijamy namioty z plaży, rozkręcamy grila i pakujemy wszystko do Skurwella.



Jesteśmy w sumie trochę do przodu z czasem (chyba dzięki temu, że w Trokach spaliśmy zaraz koło zamku, który chcieliśmy zwiedzać), dlatego też planujemy trochę luźniejszy dzień - chcemy najpierw zwiedzić Lipawę a potem w miarę wcześnie rozłożyć się gdzieś nad morzem.

Lipawa

W Lipawie zwiedzamy Stare Miasto. Plac Różany robi takie samo wrażenie jak rondo (tyle że bez drogi dookoła), na którym ktoś nasadził kwiatów -  w tym przypadku róż. Kościół Trójcy Świętej jest o wiele ciekawszy, mieszczą się w nim organy, które do 1912 r. były największymi na świecie. Nadkładamy trochę drogi aby zobaczyć kamienicę na Kungu iela 24, w której kiedyś wizytował car Piotr I. Odwiedzamy Targ Piotrowy, który otwarto w 1910 roku a później widzimy jeszcze kościół św. Anny datowany na 1508 rok - najstarszą świątynię w mieście.





Po zwiedzaniu zabytków kierujemy się na zachodnią część starego miasta aby przejść się promenadą i zobaczyć bursztynowy zegar a raczej klepsydrę, w której zamiast piasku znajdują się mikroskopijne części jantaru. Tutaj podziwiamy knajpy i hotel urządzone w bardzo fajnym stylu bazującym na połączeniu cegieł, czarnego drewna (jakby przypalonego) i szkła. Chwila odpoczynku przy kawce i tortilli i wracamy do busa. Zaczyna powoli kropić więc powrót jest dość szybki.




Jedziemy jeszcze zobaczyć cerkiew św. Mikołaja, której kamień węgielny pod budowę położył Car Mikołaj I. Złote kopuły robią duże wrażenie natomiast środek wygląda słabo - trochę przypomina dworzec kolejowy.



Ostatnim celem tego dnia są bunkry i fortyfikacje znajdujące się na plażach na północ od Lipawy, które po wybudowaniu na początku XX wieku zostały nazwane strategiczną pomyłką. Gdy już jesteśmy przy bunkrach lekki deszcz przeradza się w zwykły deszcz, przez chwilę zastanawiamy się czy nie spać w którymś z bunkrów, niestety wnętrza nie zachęcają do obozowania. Robimy kilka zdjęć i jedziemy dalej w stronę Jurmały w poszukiwaniu lepszej pogody.



Łorning

Po drodze, standardowo zatrzymujemy się na stacji benzynowej, tym razem Stat Oil gdzie czujemy się prawie jak w domu - Kinga nawet zdążyła umyć tu włosy. Zadowoleni, uzbrojeni w wodę na młyn i przepoję jedziemy dalej. Zaraz za stacją nasz młyn zatrzymuje policja. Okazuje się, że Skurwello gnał 75 km/h na pięćdziesiątce w zabudowanym i nie zdążył jeszcze włączyć świateł po wcześniejszym postoju. W głowach szacujemy sumę mandatu ale pan policjant wraca i mówi "okej, onli łorning" - jedziemy dalej.

Jurmała

W Jurmale szukamy miejsca na nocleg. Znajdujemy jakiś praktycznie pusty kemping a raczej parking z miejscem na namioty, stolikami i boiskiem do siatkówki plażowej. Pytamy pana Niemca, który tam zaparkował swoim kamper-busem, o to czy się tu za coś płaci. Wskazuje nam numer do właściciela, szybki telefon i mamy nocleg za 8 euro od namiotu. Potem przychodzi właściciel by pobrać to 8 euro i widząc, że gramy w siatę bez siaty, tylko ze sznurkiem na pranie, daje nam siatę do gry w siatę. Kontynuujemy mecz z pro siatą na boisku, którego linie wyznaczone za pomocą pięty są w kształcie trapezu.




Kąpiemy się w morzu i rzucamy frisbi, gdyby nie słona woda po horyzont można by pomyśleć, że jesteśmy w jeziorze z piaszczystym dnem. Morze w zatoce Ryskiej jest bardzo spokojne.

Kolacja

Dziś na kolację jest przywieziona z polski kasza z przywiezionym z polski leczo. Po kolacji rozbijamy namioty, jeden trochę kitramy za pozostałymi bo zapłaciliśmy tylko za dwa - taka oszczędność. Nie siedzimy długo bo obok stoi kamper bus, i nie chcemy im za bardzo hałasować.


środa, 24 sierpnia 2016

Dzień 9 - W końcu morze! (s02e09)

Orzeźwiający poranek

Budzimy się i z radością stwierdzamy, że po szerszeniach nie ma już śladu. Schodzimy kilkanaście metrów dalej nad jezioro i nieśmiałe moczenie stóp z czasem przechodzi w pełną kąpiel w lodowatej ale przejrzystej wodzie. Rześcy i pachnący idziemy na zamek w Trokach na piechotę, korzystając z rady naszego gospodarza.




Zamek

Sama droga jest już malownicza. Troki otoczone są jeziorami, przyroda wydaje się dziewicza, nic nie jest tu jeszcze zniszczone ani zanieczyszczone. By dostać się na zamek musimy przejść kilka jeziorek, ścieżka prowadzi przez trzy mosty. Znajdujemy się po mniej popularnej stronie budynku, po drodze pozdrawiamy głównie kaczki, łabędzie i perkozy.




Dochodzimy do zamku. Nie zwiedzamy go w środku (szkoda nam nie tylko pieniędzy ale i czasu, na dziś mamy zaplanowane morze) ale obchodzimy i podziwiamy z zewnątrz. Robimy sobie trochę zdjęć i ruszamy z powrotem w kierunku przystani.



Lokalna kuchnia

Po drodze kusi nas knajpka z pierogiem w logo. Litwa słynie z różnych wariacji na temat pierogów, choć trochę innych niż w Polsce. Jemy cepeliny (pierogi z ziemniaków) i kibiny (duże pieczone pierogi z kruchego ciasta), popijając kwasem chlebowym. Zadowoleni zbieramy się z powrotem do busa.



Na wybrzeże w deszczu

Przed nami około 4 godzin jazdy do Kłajpedy - znanego litewskiego portu morskiego. Zaczyna się chmurzyć, później padać. Po drodze zachwyceni widzimy stację Orlen więc musimy zrobić tam postój.



Dojeżdżając do Kłajpedy widzimy, że to miejsce nie nadaje się ani na nocleg, ani nawet na grilla. Miasto jest typowo portowe, ogromne, pełne różnych dziwnych stalowych maszyn i konstrukcji. Widok jest jednak intrygujący, więc robimy sobie półgodzinny spacer po wybrzeżu. Udaje nam się je w ostatniej chwili opuścić przed zamknięciem się mostu.



Szybko na Łotwę

Jechanie wzdłuż morza i sprawdzanie każdego zjazdu pod kątem noclegu jest dość męczące. Dodatkowo zaczyna porządnie padać. Decydujemy się opuścić Litwę i nastawiamy nawigację na Pape - małą miejscowość na Łotwie. Właściwie nic o niej nie wiemy, po prostu ładnie wygląda na mapie. Niepokojąco zaczyna się robić w momencie, gdy droga asfaltowa zmienia się w gruntową i pełną dziur. Po przejechaniu 6 kilometrów w pół godziny dojeżdżamy do miejsca, które na szczęście wynagradza nam wcześniejsze niewygodności.



Należyty relaks

Nasza plaża ma odpowiedni parking, by zaparkować busa i rozłożyć obozowisko. Obok mamy toaletę, stoły i ławki, kontenery na śmieci i lampy oświetlające nam kolację. Nad wszystkim góruje latarnia morska z resztkami jakiegoś bunkra. Wokół nie ma żywego ducha, poza jakimiś Litwinami w kamperze. Do szczęścia brakuje nam tylko prysznica ze słodką wodą, ale dajemy radę bez tego. Pierwszy raz od początku wyjazdu kąpiemy się w morzu, pierwszy raz oglądamy zachodzące nad morzem słońce, pierwszy raz robimy grilla. Siedzimy do późna, najpierw jedząc, później grzejąc się nad resztkami żarzącego się węgla. Rozkładamy namioty i zasypiamy przy szumie morza.

Dzień 8 - Witaj Unio! (s02e08)

Leniwy poranek

Wstajemy koło 8 mej następnego dnia, w dobrych nastrojach, chociaż wypijamy trochę więcej wody niż zazwyczaj. Zbieramy się do busa nie wiedząc do końca jak ułoży się ten dzień, gdyż czeka nas przejazd przez granicę.



Tęsknota za Schengen

Podjeżdżamy pod granicę. Sznur samochodów nie jest jakiś tragicznie duży, chociaż gdy z nadzieją dojeżdżamy do bramek widzimy, że za nią czai się następna, a za nią jeszcze jedna. Cała procedura zajmuje trzy godziny, więc wymęczeni z prawdziwą ulgą witamy Unię Europejską. Plusem całej sytuacji jest to, że czekając w sznurku samochodów robimy zakupy w strefie bezcłowej, gdzie połówka wódki kosztuje 1.6 euro a paczka najtańszych fajek 35 centów. Niestety nie znamy do końca limitów przewozu więc kupujemy tylko trochę.



Wilno

Wjeżdżamy do Wilna, jesteśmy tak zmęczeni, że płacimy za parking pomimo tego, że jest niedziela i parking jest bezpłatny. Idziemy do centrum, wypatrując po drodze czegoś do jedzenia. Pytamy jakiegoś Litwina o lokalne restauracje i poleca nam pizzerię. Idziemy więc do litewskiej włoskiej knajpki. Jedzenie jest super, chociaż ceny w euro już mniej przyjazne.



Z poprawionym morale idziemy na spokojny spacer po mieście. Zwiedzamy bazylikę archikatedralną, łazimy po starówce mijając masę kościołów, których nazw nikt już nie pamięta. Później idziemy pod Ostrą Bramę. Następnie dla zmiany klimatu lecimy zobaczyć hipsterską dzielnicę - wolną republikę artystów Zarzecze. Na koniec kusi nas górujący nad miastem zamek, więc wchodzimy na niego by podziwiać całe miasto. Korzystamy z uroków cywilizacji i pod koniec zwiedzania idziemy jeszcze do McDonalda na szejka i do spożywczaka.






Nie tak łatwo o nocleg

Zwiedzanie zamku w Trokach zostawiamy na jutro i w okolicach Wilna próbujemy znaleźć miejsce do spania. Nie jest to takie proste, ziemia jest już wilgotniejsza i mocno zarośnięta krzakami i trawą. Każde proponowane przez chłopaków miejsce dziewczyny kwitują jakimś "fuuj" i wyobrażają sobie ile kleszczy czai się w tych zaroślach. Raz nawet wjeżdżamy na polanę, z której po pół minuty wygania nas potworny duszący smród szamba. Ciągnie się za nami jeszcze przez jakiś czas, do dziś nie wiemy czy my w nie wpadliśmy, czy Skurvello.

Głupi ma szczęście

W końcu po jakiejś godzinie kluczenia po polnych drogach wjeżdżamy po ciemku na dziwny parking za zakazem wjazdu. Jesteśmy już tak zmęczeni, że Karolina decyduje się na pełnym przypale zagadać właściciela posesji, czy pozwoli nam spać na swojej trawie. Pan nie wygląda zachęcająco, z brzuszkiem, gołą klatą i mnóstwem tatuaży, ale z doświadczenia wiemy, że tacy bywają właśnie najbardziej przyjaźni. Po kilku zdaniach wymienionych po angielsku okazuje się jeszcze, że mówi on po polsku, jak zresztą bardzo wielu Litwinów w okolicach Wilna. Ma też obok swój bar, w którym po rozłożeniu namiotów próbujemy lokalnego piwka.



Miejsce, które niecący wybraliśmy jest przystanią dla jachtów. Widzimy to dopiero po chwili, gdy właściciel prowadzi nas do jeziora, którego też wcześniej nie zauważyliśmy. Mamy ładną trawkę do spania, bar przy namiotach, jezioro do umycia i jak się okazuje - widok na zamek w Trokach. Jak przed rokiem - warunki jak z pięciogwiazdkowego hotelu zupełnie za darmo.

Bar jest kameralny, o tym miejscu wiedzą tylko żeglarze. Przed spaniem gadamy chwilę z panem, bardzo pozytywnie do nas nastawionym. Nastaje chwila paniki, gdy widzimy, że do okien dobija się stado szerszeni. Uspokaja nas właściciel, który zabija je gołymi rękami, wciąż z gołą klatą. Gdy chce już iść spać wracamy do namiotów i spokojnie zasypiamy.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Dzień 7 - To musiał być dobry dzień (s02e07)

Kolejny podobny poranek

Ktoś stwierdził ostatnio, że zdjęcia naszych noclegowni są monotonne. Zarówno Ukraina jak i Białoruś składają się głównie z lasów i pól, więc niewiele ekscytującego da się z tego wyciągnąć. Póki co priorytetem jest sucha ziemia, mało kleszczy, osłonięcie od ulicy i domostw. Nie ma jeszcze pięknych zachodów słońca nad morzem, są za to piękne zachody lub wschody nad polami. Nowe widoki i interakcje z tubylcami jeszcze będą. Ale o tym za dwa dni.



Poranek dnia siódmego wygląda podobnie jak kilka poprzednich. Wstajemy wyspani, zadowoleni z braku deszczu, zaczynamy wygrzewać się we wschodzącym słonku. Zaczyna się robić przyjemnie gorąco, co napawa nas optymizmem. Tego dnia planujemy relaks nad Białoruskim jeziorkiem.

Dramat dnia

Pod koniec porannego pakowania okazuje się, że Karolina nie może znaleźć lewego adidaska. Nie jest to zjawiskiem częstym, bo jej rzeczy zazwyczaj nie latają po całym busie i nie wpadają w dziwne zakamarki. Wszyscy angażują się w akcję ratowniczą ale buta ani śladu. Zaczynamy się zastanawiać czy nie wypadł wcześniejszej nocy podczas żmudnego szukania miejsca do spania. Nie mamy napiętego harmonogramu na ten dzień więc decydujemy się cofnąć 15 kilometrów i przebadać tamte tereny.

Bucie gdzie jesteś?

15 kilometrów zmienia się w 40. Nikt nie ma specjalnej nadziei na znalezienie zguby, zwłaszcza właścicielka. Jedziemy i jedziemy, leniwie zerkając przez okna, gdy z daleka rzuca nam się w oczy różowa sznurówka. But leży przy samym poboczu z utęsknieniem wypatrując swojej drugiej pary. Cały bus ogarnia nagła euforia i przy okrzykach radości kierujemy się w końcu nad jezioro, czujemy, że po takich przeżyciach może być już tylko fajniej.



Zasłużony relaks

Dojeżdżamy do niewielkiej turystycznej miejscowości nad największym w Białorusi zbiornikiem wodnym - jeziorem Narać. Robimy zakupy żeby wydać ostatnie ruble, które przez swoje ogromne nominały zajmują dużo miejsca w portfelu. Dojeżdżamy na parking, zabieramy kąpielówki i lecimy na plażę. Wygląda ona jak zaorane pole po ziemniakach ale na szczęście obok mamy kawałek ładnie przystrzyżonego trawnika. Idziemy się zanurzyć, woda jest zimna ale przynosi upragnioną ulgę.




Spędzamy tam trzy godzinki pływając, grając w siatkówkę i opalając się. Korzystamy z pryszniców (cywilizowane warunki pierwszy raz od jakichś 4 dni) i inernetu w pobliskiej kawiarence. Wyrzucamy na stół resztki białoruskiej waluty i po uzbieraniu pokaźnej kupki banknotów okazuje się, że stać nas na dwie paczki chrupek.








Zwrot akcji - spanie na polu

Znajdujemy przyzwoity nocleg na ściernisku przy lesie zadowoleni, że drugi raz od początku tripa udaje nam się rozbić przed zmrokiem. Towarzyszy nam ciekawy widok - zjawiskowy wschód księżyca. Gotujemy też pierwszą porządną kolację - ryż z leczem i jakimś dziwnym mięsem. Korzystamy z przyjemnie rozgrzanych żołądków i decydujemy się rozpracować trochę lokalnej wódeczki. Siedzimy do nocy, śpiewamy, gramy w kalambury i dojadamy chrupki, później nawet tańczymy. Odpalamy wiezionego z Polski fajerwerka, który okazuje się być supergłośną petardą. Pomysłodawca zostaje należycie ochrzaniony ale na szczęście nikogo z pobliskich mieszkańców nie intryguje ten hałas i w spokoju oraz w wyśmienitych nastrojach idziemy spać.



Dzień 6 - Bardzo droga podróż (s02e06)

Kolejna pobudka w polu

Nocleg na Białoruskim polu był bardzo udany, spodziewaliśmy się deszczu ponieważ wieczorem było bardzo pochmurnie, ale rano przywitało nas słońce. Korzystając z dobrych warunków robimy wspólną jajecznicę, w międzyczasie mijają nas mieszkańcy jadący składakami do pracy.




MANDAAAT!

Spędzamy trochę czasu na drogach, jedziemy tak aby ominąć opłaty i nadkładamy trochę drogi. Usypia nas gładkość Białoruskich dróg aby po chwili obudził nas radiowóz na sygnale. Wszyscy wyrwani ze snu zapinają pasy i zjeżdżamy na bok. Początkowo myślimy, że Grzesiek przekroczył prędkość ale okazuje się, że nie uiściliśmy opłaty za drogę. Policjanci pokazują nam zdjęcie z bramki pytając 'eto wasza maszina?' i nie mamy jak z nimi dyskutować. Próbujemy coś negocjować, ale mówią, że wszystko jest w systemie i nic nie mogą zrobić. Pokazujemy im naszą mapę płatnych dróg, z której wynika, że jesteśmy na darmowej drodze, oni pokazują nam swoją wersję tej mapy, z której wynika, że miesiąc temu część dróg ewoluowała i stała się płatna. Żegnamy się z dwustoma euraskami (około 860 złotych [czyli 430 harnasi plus te, które by się wygrało!!!]) i bluzgając pod nosem dziękujemy ambasadzie Białorusi za podarowanie nam nieaktualnej mapki.



Policjant zawraca nas przez pas zieleni i daje instrukcje rysując jednocześnie na karteczce gdzie możemy kupić BelToll. Wracamy według instrukcji i kupujemy nadajnik (Grzesiek podpisuje umowę jakby co najmniej brał kredyt) - skanujemy szybę wykrywaczem dobrego miejsca na nalepienie BelTolla, montujemy i jedziemy dalej.

Tracimy jakąś godzinę i dojeżdżamy do bramki poboru opłat. Przejeżdżając pod nią nasze urządzonko ma zapikać raz, jeżeli wszystko poszło dobrze. Na chwilę wszyscy zamierają, nie chcąc dodać kolejnej stówki do mandatowej kolekcji, po około sekundzie ciszy słyszymy PIK i wszyscy możemy odetchnąć z ulgą.

Bel Toll - krótkie info

Bel Toll to system poboru opłat za przejazd drogami płatnymi na Białorusi, praktycznie wszystkie drogi wokół Mińska są płatne. Koszty są dość niskie jednak początkowo odstrasza 20 euro kaucji oraz minimalne 'doładowanie' w wysokości 25 euro. Jak się okazało kaucja zostaje później zwrócona a niewykorzystane euraski z doładowania są zwracane przy oddawaniu urządzenia. Cena dla auta do 3.5 tony to 0.04 euro za kilometr.

Zaciskamy pasa

Na tak potworny mandat reagujemy różnie. Zaczynamy od smutku i rozmyślań co mogliśmy zrobić inaczej, a kończymy na planach zemsty albo zbierania funduszy
od wszystkich czytelników bloga. Potem przypominamy sobie, że czytelnikami są nasze mamy, więc tracimy zapał. W sumie jeżdżenie w 9 osób ma taki plus, że każda opłata dzieli się na 9 części i z 200 euro nagle robi się 100 zł na głowę. Po sprawdzeniu stanu konta i skomplikowanych kalkulacjach stwierdzamy, że nawet jest cień szansy zmieścić się w budżecie.

Mińsk

Do Mińska dojeżdżamy z dwugodzinnym opóźnieniem a potem jeszcze tracimy godzinę na szukanie parkingu. Warto wspomnieć, że przez przypadek próbujemy zaparkować w parkingu dla pracowników KGB, Michał pyta przez domofon 'można zaparkjować maszinu?' ale instruują nas, że parking dla zwykłych zjadaczy chleba jest dalej. Parkujemy w końcu na parkingu podziemnej galerii pod Placem Niepodległości. Przechodzimy przez galerię handlową lekko zmieszani, bo w głośnikach zamiast ogłupiającej melodyjki leci dziwna propagandowa melodia przypominająca Chór Aleksandrowa.





Przyjaciele z ESTIEM

W Mińsku spotykamy się z Artemem i jego dziewczyną Nastiją, dzięki którym w ogóle dostaliśmy się na Białoruś. Pomogli nam bardzo w formalnościach przy ubieganiu się o wizę. Oprowadzili nas po Mińsku, między innymi pokazali nam jedyną ulicę, która nie została zburzona podczas wojny. Warto wspomnieć, że dawniej Mińsk uważano za najpiękniejsze z miast byłego ZSRR. Jednak po wojnie, kiedy zostało zburzone, Stalin odbudował je tak, aby pokazywać siłę i potęgę komunistycznego państwa.



Białoruś oczami mieszkańców

Zwiedzanie miasta z tubylcami ma takie plusy, że zamiast oglądać wszystkie pałace i pomniki idziemy do starej fabryki alkoholu na zakupy i na hipsterską dzielnicę miasta na cydr. Siadamy w jakimś alternatywnym lokalu na drewnianych paletach i rozmawiamy o różnych rzeczach. Dowiadujemy się, że Białorusini uczą się Białoruskiego w szkole a później w ogóle go nie używają, by w końcu go zapomnieć. Co więcej okazuje się, że wg nich Adam Mickiewicz był Białorusinem i tak jak my uczą się 'Litwo ojczyzno moja' na pamięć.

Mieszkańcom Białorusi do Unii Europejskiej dostać jest się bardzo ciężko, muszą przechodzić różne kosztowne procedury. Jest to uciążliwe nie tylko z punktu widzenia turystyki i pracy, ale chociażby przez to, że nie ma tam popularnych sklepów z ubraniami i wiele osób robi wyjazdy po same ciuchy. Za to z Białorusi można wjechać do Rosji bez problemu i żadnych procedur (co przez kilka sekund nas nawet kusiło). Białorusini czują się bezpiecznie w swoim państwie. Sportem narodowym Białorusi jest hokej, ponieważ prezydent Łukaszenko gra w hokej. Nie sądzą, że cokolwiek się zmieni, raczej panuje uczucie, że rząd jest tak mocny, że cokolwiek by nie robili to nic się nie da zmienić.

Te i wiele innych rzeczy dowiedzieliśmy się od Artema i Nastiji. Było to bardzo pouczające spotkanie, bo jesteśmy sąsiadami a właściwie nic o sobie nie wiemy. Wokół Białorusi i jej ustroju narosło wiele mitów, które chcieliśmy przetestować na własnej skórze. W nas kraj ten wzbudził różne sprzeczne uczucia. Z jednej strony w wielu miejscach jest bardziej bogato niż u nas, wszystko jest czyste, zadbane, każdy trawnik przystrzyżony, nie spotkaliśmy żadnego bezdomnego, żadnego paskudnego graffitti na ścianie. Z drugiej strony mijanym na ulicach ludziom brakuje pewnego luzu, który widać w miastach zachodnioeuropejskich. Mińsk cały sprawia wrażenie miasta "na pokaz", mającego robić wrażenie i świadczyć o potędze państwa, niekoniecznie brane są pod uwagę potrzeby jego mieszkańców. Wszystko jest wielkie, momentami budzące zachwyt, innym razem przerażenie ilością aut i betonu.



Wymęczone Skurvello

Późnym wieczorem pakujemy się w busa, podziwiając Mińsk nocą i dziwiąc się, skąd tam cały ten przepych. Bardzo długo szukamy noclegu, miasto i przedmieścia ciągną się w nieskończoność. Miejscówkę znajdujemy dopiero koło północy i jest to ostatnio nasz sprawdzony typ - droga na skraju lasu, po drugiej stronie z suchym i płaskim ścierniskiem. Szybko rozkładamy namioty i w byle

jakich ciuchach kładziemy się spać, wiedząc, że następnego dnia czeka nas kąpiel w jeziorze i nadrabianie zaległości z higieną.